Minęło już blisko sześć lat od chwili napisania tej powieści. Pamiętam,że stanąłem wtedy przed trudnym zadaniem odnalezienia wydawcy tak dziwacznego dzieła. Musiał to być ktoś niepospolity, otwarty i jednocześnie o wyrobionym guście czytelniczym, o szerokich horyzontach myślenia, doświadczony w pracy z ludżmi i przede wszystkim znający się na trendach , czy podgatunkach fantastyki. I jeszcze… ktoś , kto byłby w stanie tolerować i zaakceptować – mój ciężki charakter, nieobycie, czy nawet chwilowe rozkojarzenie. Miałem ogromne szczęście trafić na takiego człowieka. I przypuszczam, że spotykając mnie na swej drodze nie miał dobrego zdania o mej poczytalności. A jednak… Dało się znależć wspólny język, a nawet nawiązać po dziś dzień trwającą przyjażń. Dziękuję Wojtku.

Poniżej – zaproponowana okładka wewnętrzna z błędem. To nie była pierwsza polska powieść steampunkowa.

Oto wybrane fragmenty z naszej pierwszej korespondencji:

Szanowna Redakcjo

Czy byli szanowni państwo zainteresowani powieścią fantastyczno – przygodową w gatunku  steampunk p.t. ” Światy Solarne” – wzorowaną na dziełach mistrza gatunku Edgara Rice’a Burroughsa o objętości 171 stron, czyli 59000 znaków – format: times new roman, size 14 spacing 1? 

Nazywam się Jan Maszczyszyn. Mieszkam od 25 lat na emigracji w Australii. Od dzieciństwa fascynowała mnie fantastyka. W młodości publikowałem. Od lat dwóch staram się na nowo zaistnieć.  Powieść jest próbą, mam nadzieję, że w miarę do zaakceptowania.

Informacje na mój temat znajdziecie państwo pod poniższym linkiem.

jahusz.com

Kłaniam się z ogromnym szacunkiem i czekam z niecierpliwością na każdą odpowiedź. Pozdrawiam.
Jan Maszczyszyn

Melbourne Australia

Cześć, po tej stronie Wojtek Sedeńko.

Publikujemy sporo fantastyki ostatnio, także polskiej, ale – w związku z zawaleniem się rynku książki – przeszliśmy na niskie nakłady i własny druk cyfrowy. W przypadku rzeczy archiwalnych, od dawna niedostępnych na rynku, ma to spory sens, drukujemy tyle ile zamówień, nie kłaniamy się hurtowniom i księgarniom, które wezmą, ale nie rozliczą się, i jakoś tam wychodzimy na swoje. Mały zysk, ale pewny, i bez strat.

Co do rzeczy nowych, to rzecz jest skomplikowana. Autor oczekuje swoich książek w księgarniach, empikach – my tego nie zapewniamy. A tylko obecność w naszej – ale za to największej księgarni z fantastyką w Polsce, informację o ksiązce, recenzje itd. Sprzedaż jest różna. Od 30 do 400 egz. 

Daję takim autorom … od ceny det netto, drukuje na swój koszt, daję redakcję, korektę. Autorów proszę tylko o projekt okładki – załatwiają to na różne sposoby. Ja oczywiście pewne ilustracje mam, ale w przypadku takiego druku nie zamawiam specjalnie u plastyków, bo koszt jest ogromny w przeliczeniu. Przykład – okładka u dobrego grafika stoi 1000 PLN. Drukujac 100 egz mamy 10 zł kosztów tylko dla grafika. Bezsens. A jak sprzeda się 30 egz?

Gdyby taka forma cię interesowała – jestem otwarty. Wydałem tak Musialika, Ciećwierza, Frąca, Hałas, kilka antologii. Tak wydaję serię Krytycy o fantastyce, ale ona od razu jest skazana na niska sprzedaż. Ale ja widzę sens, a nawet konieczność wydawania takich książek, choć moja praca nad nimi jest darmowa i ciężka.

I to tyle, pozdrawiam, przyślij parę stopni celsjusza, bo u nas robi się coraz zimniej.

Wojtek


W dniu 2014-10-18 02:17, Jan Maszczyszyn pisze:
Cześć
Mam już swoje lata i Facebook w pewnym okresie traktowałem jako tylko swoiste narzędzie komunikacji i magazyn dla mojej prywatnej zawartości mulitimedialnej. Dopiero Jarek Makowiecki z Qfanta wprowadził mnie do fejsowego Fandomu. Muszę uczciwie przyznać, że wiele osób “kliknąłem” przypadkowo, dopiero po czasie się dowiadując, kim tak naprawdę są lub co zdziałały na polu Fantastyki. Chyba tylko nieświadomość pozwoliła mi na dozę śmiałej bezczelności  w zapraszaniu ICH do grona znajomych. Zyskałem dzięki temu  po czasie wielu fejsbukowych dobrych przyjaciół i tym samym dokładniejszy wgląd  w to, co się dzieje w określonej tematyce w kraju nad Wisłą. Niedawno odkryłem  pana Pawła Matuszek, teraz z ogromnym zaskoczeniem odebrałem list od Ciebie, jako głównej osoby odpowiedzialnej za Solaris. Taka ślepota i przypadek chyba są cechami, które nie za dobrze o mnie świadczą i choć śledzę Twój blog- “Wieści ze świata SF”- faktów nie powiązałem. Niemniej, ogromnie się cieszę, że Cię tam spotkałem.Dlaczego? Kocham Frombork, Lidzbark Warmiński, Malbork i całą okolicę Warmii i Mazur. Odkryłem je dopiero w wieku  dwudziestu lat całkowicie przypadkiem, podróżując z namiotem i przyjaciółmi. Towarzysze zupełnie wtedy polegali na mojej pomysłowości. Ja wytyczałem trasy i obiekty do zwiedzania. Dotarłem do Fromborka i się w miejscu rozkochałem. Nigdy nie zapomnę tej wynurzającej się spośród bagien wieży katedry – jadąc pociągiem od strony Braniewa, szelestu sitowia i powolnego przewalania się pociągu w kierunku katedralnego wzgórza. W wieży wodnej odnalazłem ludzi ze Slaska, byli członkami sekcji Obserwatorów Meteorów z PTMA, a ja należałem do tej organizacji od zawsze. Potem przez lata jeździłem z nimi na coroczne obserwację Perseidów. Dzieliliśmy czas na nocną astronomię i na dzienne wypady w okolice  z książkowym przewodnikiem po zabytkach w ręku. Tak, że swoimi zdjęciami rozdrapujesz tylko moje starej tęsknoty rany. Ale ja lubię je nie zasklepione…
Jestem zaskoczony tak szybką odpowiedzią, chociaż nie wiem, czego się spodziewałem pisząc list – chyba milczenia. Teraz czuję, że pojawia się nieśmiała nadzieja i za chwilę, jak tylko skończę ten list biegnę na piętro, zasiadam nad następną korektą tekstu. Chcę dać z siebie wszystko i jeśli już przegrać z kretesem, to ze świadomością dotarcia do granic własnych literackich możliwości.
Jak najbardziej odpowiadałby mi Wasz model publikacji. Nakład –  jest wygodny i sensowny dla wydawcy. On przecież ponosi główne ryzyko. Ja, – jeśli ktoś sięgnie i się sparzy – mogę zawiesić marzenie na kołku…więc odbiór jest dla mnie niezmiernie ważny. W intencjach staję murem za Wydawcą.Prywatnie, interesuje mnie jedynie zaistnienie gdzieś na rubieżach wielkiego pola polskiej fantastyki. Jestem dojrzałym staruchem bez marzeń na wielki sukces, a pisanie jest tylko odzwierciedleniem wielkiej tęsknoty do brzmienia przeszłości i jej życiowego entuzjazmu, plus może jeszcze- wypełnieniem samotności po odejściu dzieci z domu i druga tęsknota za językiem. Jednocześnie jestem, jako osoba; złożeniem wielu kompleksów i urazów, które nie zniosłyby poczucia winy za klęskę wydawniczą z własnego powodu. Wszystko to razem sprawia, że sposób, w jaki Solaris podchodzi do autora absolutnie mi odpowiada. Jeśli chodzi o okładkę, mogę wybłagać ją po raz kolejny od córki Natalii. Na pewno się zgodzi. Robi to profesjonalnie. Poniżej przedstawiam link do strony i naszej prywatnej, australijskiej książki w koncepcji graficznej córki, od której wszystko się zaczęło. Okładka do zbioru “Testimonium”  była całkowicie jej autorstwa. Szortal również jest w całości przez nią zaprojektowany.Przedstawiam linki do jej prac:
http://jahusz.com/kwartalnik-literacki-metafora-2013-sierpien/

Jeśli chodzi o powieść ” Swiaty Solarne”; poprosiłem przyjaciela w Polsce , w osobie Marka Grzywacza o opinię o książce. Jest krytycznie stymulujący od czasu gdy go poznałem trzy lata temu na portalu Nowej Fantastyki. Wychłostał mnie w sobie charakterystyczny merytoryczny sposób, to inny geniusz, więc szybko siadam do poprawy zauważonych błędów.
Napiszę dłuższy konspekt. W razie, gdyby się nie spodobał na tym etapie, to nie będziesz musiał tracić czasu na resztę.
Pomysł na powieść wziął się od mojego zamiłowania do literatury dziewietnastowiecznych mistrzów fantastyki. Chciałem połączyć narrację z tego okresu, nowoczesne pomysły steampunk z fantastyką współczesną. Akcja rozpoczyna się na alternatywnej Ziemi, pędzi przez światy solarne, by zmierzyć się z polami bitew galaktycznego jądra. Okazuje się, że jest to świat szklarniowej Enklawy – w sensie odmiennych praw fizyki – chodowli niepełnosprawnych istot inteligentnych, wymagających wsparcia całego przemysłu protez. Pytam – gdzie jesteśmy my, gdzie inni, czy różnice w naszych dysproporcjach intelektualnych mogą być biologicznie programowalne? Wiem, że jestem trudny w odbiorze – może wina 25 lat anglojęzycznej mordęgi – może wrodzony, a w pełni nieuświadomiony brak talentu ,ale robię, co tylko można, aby sytuację uzdrowić. Istnieje  już kontynuacja tekstu – że tak powiem w pisaniu – stron do tej pory 141 pt” Swiaty Alonbee” – gdzie zamierzam lepiej wyjaśnić mój alternatywny świat Solarnej Enklawy.
Jeszcze raz dziękuję bardzo za tak szybką i budującą odpowiedź. Siadam z zapałem do pracy.
Jan MaszczyszynDzisiaj mamy 26C, słoneczny, piękny dzień. Jutro 28C. Dzielę się tym ciepłem i serdecznie pozdrawiam z drugiej strony globu.

Janie,
sprężyłem się i pochyliłem się nad twoją powieścią już w Święta, ale dłubię jeszcze do dzisiaj. W niedzielę powinienem skończyć, nie przypuszczałem, że zajmie mi to tyle czasu.

Poprawek dużo, ca 15-20 ingerencji na stronie. Interpunkcja, styl, powtórzenia, nieprecyzyjne sformułowania, czasem zbędne stylizacje. Powieść jest dziwna, więc dodatkowa stylizacja, nienaturalna, psuje efekt wizualny. Było tez dużo technicznych byków w dokumencie, nagminne podwójne spacje (jakieś 8 tys), ale to automat zebrał, ale też spacje w nowych akapitach, tabulacje – to już muszę usuwać ręcznie. Inny redaktor by to odesłał, ja jestem pracuś, więc machnąłem ręką.
Nie wiem, co dalej. Gdybyś był w Polsce, maszynopis bym wysłał, powprowadzałbyś lub nie zmiany, zaakceptował bądź nie skreślenia. Adiustacja jest konieczna, ale nie wiem jak to zrobić. 
Mógłbym wrzucić w worda śledzenie zmian, ale potem musiałbym sprawdzać każdą twoją ingerencję i klikania byłoby na 2 miesiące. A nie lubię pracować na ekranie, starej daty jestem.

Mogę też wprowadzić te poprawki moje, ale zajmie mi to ze 3 tygodnie jeszcze – w pracy mam mało czasu na tego typu robotę, bieżączka mnie wykańcza – a twoja powieść idzie jakby poza seriami, które mają pierwszeństwo i plan. Ja polskiej fantastyce udostępniłem nasze wydawnictwo, co ciekawsze rzeczy publikuję, ale reszta zależy od zamówień czytelników. I sprzedajemy to tylko u nas.

Po wprowadzeniu poprawek, mógłbyś prześledzić zmiany porównując teksty. I moglibyśmy dyskutować nad fragmentami.
Np. niektóre rozdziały – wyprzedzając akcję – zapowiadając niejako wydarzenia, dla bohaterów już przeszłe (zabieg znany z Wellsa i powieści wiktoriańskiej – cel rozumiem) łamie konstrukcję powieści. Wydaje mi się, że trzeba stąd podzielić ją na 3 części. Też to zaznaczę.

Daj znać, co sądzisz.

No i okładka. Twoja córka, jak rozumiem, już coś pichci. Ciekawym projektów – okładka dużo znaczy. Pamiętaj, że ta książka ma znaczenie i dystrybucję w internecie (i na konwentach) – więc ważny jest jeden element (plus tło), raczej w jasnych odcieniach. Musi być czytelna w miniaturce. Testimion, dla przykładu, jest kompletnie niewidoczny w miniaturze. Za ciemny. Szczegóły nie do odróżnienia.

Ciekawym tych kotłów z żaglami, parowozów i innych cudactw jądra galaktyki.
Wojtek

No to ja się cieszę, że tak podobnie nadajemy. Ja pamiętam twoje teksty, pisane dla ŚKF, do Fikcji.

Okładkę Testimonium znam (mam w księgarni ten tytuł) , dobra, choć za ciemna – w druku potrafią się ciemne tonacje zemścić na grafiku. Ale to dobra wiadomość, że masz u kogo zrobić. No i córce powiększy się portfolio 🙂
Tak więc spokojnie czekam.
Wojtek

No, jakoś to już wygląda. Co do układu ksiązki – nazwisko po to umieszcza się na górze i większe, by w księgarni, gdzie jedna książka przykrywa część drugiej, było to widoczne…
No, ale w tym przypadku będzie sprzedaż tylko w sieci i na konwentach.

Uwagi. Książka będzie miała wymiar 125×195 mm i do tego formatu trzeba ją przyciąć. Do tego spady po 10 mm z każdej strony
Grzbiet wyjdzie ca 3 cm, ale wolałbym, żebyście przysłali mi okładkę na warstwach, edytowalną, by móc dokonywać korekty. W dodatku trzeba wymyślić tekst na tył, dodać cenę po kalkulacji. 

Nazwisko na grzbiecie powinno być. Napis odwrócony – na naszych ksiązkach idzie od dołu do góry, czyli z głową przekrzywiona na lewo 🙂

Trylogia Solarna Jana Maszczyszyna 

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: WIEŚCI, utworzono: 4 Kwiecień 2016Share

Dostaję propozycje wydawnicze codziennie. Czasem dwie a nawet trzy dziennie. Opowiadania, powieści, całe trylogie na raz. Nieświadomi faktu, że my publikujemy już tylko na potrzeby własnej księgarni niewielkie nakłady, autorzy ci proponują swoje bestsellery, oczekując wprost manny z nieba. Kiedyś napiszę jak należałoby zaproponować swoją książkę wydawcy, by go zaintrygować, a jak tego nie robić, na podstawie niektórych listów – pozostaną one oczywiście anonimowe. Może być to ciekawe doświadczenie dla adeptów pióra.

Czasem przychodzą jednak niespodzianki, jak powieść Światy Solarne od Janka Maszczyszyna. Autora znanego mi z fanzinów, laureata pierwszego konkursu miesięcznika „Fantastyka”. Nad takimi propozycjami pochylam się chętniej. Powieść Jana, mieszkającego od wielu lat w Australii, należy do gatunku zwanego steampunkiem, który – przyznaję – jest mi dość obcy i mało pociągający. Jego słabość tkwi bowiem już w samych założeniach – wszystko na parę, statki kosmiczne na węgiel, komputery wzorowane na maszynie liczącej Babbage’a itp. Ale jako miłośnik fantastyki potrafię czasem zawiesić niewiarę na kołkach, tak jak przy lekturze Tolkiena – którego lektura, pamiętam jak dziś – mocno mnie z początku irytowała i odrzucała.

Steampunk posłużył jednak Maszczyszynowi do zbudowania niepowtarzalnej, niezwykłej kosmogonii, w której znane nam prawa fizyczne właściwie nie istnieją albo funkcjonują w sposób inny. Nie są to jednak czyste fantazje autora, ale podparte wiedzą na temat różnych teorii kosmologicznych. Maszczyszyn zbudował Enklawę, w której funkcjonują miliony planet, będącą swoistego rodzaju sferą Dysona (wręcz inteligentną), narażoną na reakcje, często nienawistne, Reliktorów, czyli sług hipotetycznego pierwszego demiurga. Cywilizacje, które żyją w Enklawie, w której organizmy mogą przeżyć nawet w próżni, a statki – kotły poruszają się z olbrzymimi prędkościami, mocno ingerują w swój materiał genetyczny, doskonaląc co się tylko da. Tworzone w ten sposób byty mechaniczno-biologiczne są niezwykle oryginalnym pomysłem, a już ich sposoby rozmnażania wywołują grymas lub wstręt. Ale Maszczyszyn w ten świat wtrącił wiele innych pomysłów, dotąd niespotykanych w polskiej SF, i to od razu na potężną skalę. Byty szkatułowe, matryce genetyczne, Blask – czyli substancja energetyczna… I wiele innych. Ich opisy w pierwszym tomie atakują nasze pojmowanie świata, wywołując wręcz dezorientację. A to wszystko dzieje się wokół kosmicznych bitew, strzelanek i pojedynków – mamy wszak do czynienia z literaturą popularną, steampunkiem. Steampunkiem, jakiego w Polsce nikt dotąd nie napisał. Możemy się poczuć jak obywatele końca XIX wieku, czytelnicy Julesa Verne’a, kiedy to różne naukowe czy pseudonaukowe idee rozpatrywano z wielką powagą, a świat przyspieszał szybciej od bolidu Formuły 1.

Powieść rozrosła się Maszczyszynowi do 3 tomów. I my je wydamy, bo to naprawdę oryginalna SF. Tom drugi – z premierą na przełomie maja i czerwca – dość wiele w kwestii budowy wszechświata wyjaśnia. Tom trzeci jesienią.

A wszystkich, którzy chcieliby z autorem na tematy kosmogoniczne porozmawiać zapraszam do Nidzicy na Festiwal Fantastyki. Jan Maszczyszyn będzie na nim o swojej trylogii opowiadał, a że zapowiada, iż to jest już jego ostatni, pożegnalny przylot do kraju, to i okazja ostatnia do spotkania osobistego. Bo z książkami będziemy mieli jeszcze długo do czynienia.
Sent from my iPhone Jan

Na koniec, powiem, że po latach…doczekałem się też pewnej opinii od innej wielce szanowanej osoby. Oryginał to i wielki poliglota. Artysta, bard krytycznego słowa.

” Maszczyszyn to klasa – powiedział. -Oryginał, ale klasa. Znam całego i cały się broni, nawet jeśli ma gorszy dzień 🙂 Dlatego brałem go do Fenixa.”

Poniżej wywiad z bohaterami powieści.



Opublikowane przez: Jan Maszczyszyn · 12 marca 2015 · 

– Jest rzeczą przezabawną odnaleźć w aktorskiej garderobie, w prywatnych rzeczach pana Ashleya własną fotografię. Biedak naprawdę zakochał się na planie książki.
Podsunąłem ochoczo tubę nagrywającą bliżej pięknej panny. Historia już wydała się interesująca.
– Ale tak naprawdę nazywa się pani?…
– Mabel Love…z Dollolitle Hill.
– Jest pani z Marsa?
– Tak
– Wcieliła się pani w postać książkowej piękności panny Hornsby z Sąsiedztwa Alckerbury?
– Tak. Kiedy przeczytałam swoją rolę naprawdę zwątpiłam w poczytalność autora, ale później zagrałam z wielką radością w te nuty.
– Zrozumiała pani intencje?
– Tak. Uważam, że jest to pewnego rodzaju naigrywanie się, ironii, żeby nie powiedzieć tonów szyderstwa z nauki, a właściwie z doktryny ukrytej za tą piękną ideą ludzkiego poznania i analizy dostepnej percepcji.
– Sir Ashley. B podobno był nieznośny na planie akcji.
Zaśmiała się serdecznie.
– Był bosko zazdrosny. Lubię jego sposób odnoszenia się do kobiet. Szczególnie w scenach intymnych przechodził samego siebie. Naprawdę czasem trudno było mi się opanować. Jeszcze teraz na samo wspomnienie przechodzi mnie drżenie.
– A efekty specjalne, blue screens i podobne niedociągnięcia w strefie background, czy były rzeczywiście nie do zniesienia?
– Trudno grać na planie, gdzie tło pojawia się dopiero później. Było to męczące. Poza tym, jak już wcześniej wspominałam początkowo nie wierzyłam w sens takich abstrakcyjnych igraszek.
– Czy wzięłaby pani po raz kolejny udział w akcji powieściowej, powiedzmy gdyby padła propozycja uczestnictwa w Swiatach Alonbee?
– Z całą pewnością, tak. Jestem niezmiernia ciekawa losu naszej smarkuli…
– Dziękuję uprzejmie za wywiad.

 Jest pan jednym z czołowych bohaterów…
Yarragee nie reagował.
Zarys jego postaci zupełnie nagle się rozmył. Pozostała okolona brodą twarz. Ale i ona zaledwie pełgała w dziwnym blasku, by przygasnąć i stać się całkowicie nieczytelną. Jeszcze przez moment widziałem w powietrzu ślad dziwnie bezbarwnych, pulsujących oczu. Potem coś syknęło. Zabrzęczało i pyknęło. Potrząsnęło mną całym, bym przez długą minutę mógł odczuwać przenikający mnie dotkliwy chłód. Jakbym dobrowolnie poddawał się całkowitemu, paraliżującemu stanowi zamrożenia wszystkich członków. Bałem się, że tym razem naprawdę mnie przeniknął na wskroś, roztrząsając w tym swoim energetycznym wahaniu potencjału i duszę! Przyznaję, że stchórzyłem. Uciekłem, pozostawiając tubę nagrywającą i wszelkie bezcenne notatki na stole i poprzewracanych krzesłach. Co za głupiec ze mnie? Przecież on tylko naigrywał się ze mnie. Zwodził i straszył. Na zawołanie potrafił zagrać coś ze swej aborygeńskiej listy doborowych roli.




– Witam, panie baronie. Ciężko pana namówić na wywiad.
– To prawda. Nie szczególnie cenię sobie pański zawód niedouczonego dziennikarzyny.
– Ja tylko proszę w imieniu wąskiego grona sympatyków… Po prostu kilka słów na temat akcji powieści.
– Sir Ashley jest gadułą i wszystko na każdą nutę panu wyśpiewa. Jego proszę pytać!
– Miałem już z nim dzisiaj przyjemność.
– Wobec tego szybko. Jakie ma pan pytanie? Ostrzegam. Odpowiem tylko na jedno. Spieszę się.
– Podobno boksował się pan z Alonbee?
Roześmiał się hałaśliwie i zaraz zaraził mnie seredcznością owego brzmienia. Po chwili rechotaliśmy obydwaj w najlepsze.
– Autor był zmuszony pofatygować się aż do jądra Galaktyki, aby znaleźć chętnych do bijatyki. Wie pan jacy oni są słabi? Po każdym ciosie czekała biedaków reperacja żeber lub skomplikowana trepanacja czaszki.
– Bił pan z zapałem?
– To prawda. Nienawidzę gnoji.
– Ale co najbardziej panu utkwiło w pamięci.
Myślał krótko, po czym powiedział:
– Wydaje mi się, że różnorodność technologicznej ekspresji mnie urzekła i zachwyciła. Lubię wszelkie nowinki techniczne i naukowe. Nie raz ścierałem się z moim książkowym kuzynem na tematy filozoficzno – praktyczne, że tak powiem. Zwykle obaj pozostawaliśmy nieprzekonani.

Opublikowane przez: Jan Maszczyszyn · 25 kwietnia 2015 · 

Jest! Ukazało się…

Cieszę się jak cholera, że dzieło ostatnich miesięcy dotarło na stół ekspozycyjny Pyrkonu. Jego premiera miała się dopiero odbyć 30 kwietnia…widać los chciał inaczej. 🙂

Idea całości – to tak naprawdę próba – może i ponad siły, bo zadanie nad wyraz trudne – powrotu do wspaniałych korzeni fantastyki – podróż sentymentalna do z dawien dawna zapomnianych chwil, kiedy to z rozwartymi do bólu oczyma śledziłem teksty fantastycznych klasyków – i z wrażenia naprawdę przestawałem oddychać…,np. Swiat zaginiony, Inwazja jaszczurów, Wojna światów, Księżniczka Marsa, 20tys.mil podmorskiej żeglugi…by wspomnieć tylko te, które w smarkatym wieku rozbuchały mą wyobraźnię i porwały i poniosły w stronę dorosłych pasji.
Ukłony i serdeczności.

Prolog

…Muszę wrócić pamięcią aż do Marsa, którego od najmłodszych lat byłem sympatykiem i admiratorem. Nie poprzestawałem na bibliofilskich marzeniach. Wielokrotnie odwiedzałem planetę, przemierzając od zwrotnika do zwrotnika bezkresne pustynie, żeglując po rozgniewanych morzach, czy opadając na linach w bezdenne otchłanie zmrożonych jaskiń. Zawsze potem, obserwując w maleńkim okienku pocisku międzyplanetarnego oddalający się krąg Marsa biłem się z natrętną myślą o stałym osiedleniu. Rozważałem podczas podróży za i przeciw, a zawsze kończyło się to sromotną klęską w lawinie wydarzeń zwykłej codzienności.
Nigdy nie odważyłem się rzucić wszystkiego, postawić życie na jedną kartę i wzorem wielu odważnych, pełnych wigoru kolonistów osiąść tam na stałe. Zwykle powracałem stęskniony do swej papierowej grzebaniny, wykresów i tytułów prasowych, których byłem w licznych stolicach krain południowych planety Wenus animatorem i nobilutatorem.
Dlatego ogromnie się ucieszyłem, odkrywając w starych matrykułach rodzinnych istnienie na Marsie więzi rodzinnych, istnienie bardzo odległego kuzyna, urodzonego dziwoląga i naukowca, barona Victora Vanhalgera. Po kilkudziesięciu pisanych w euforii listach on też podszedł do mnie ze sporą dozą entuzjazmu i sympatii. Tym bardziej, że nie czyhałem na jego bajoński majątek ani nie wymagałem żadnej finansowej rękojmi, z których to powodów wielu krewnych w powszechnej opinii zjawiało się, by potem podejrzanie szybko zniknąć. Z miesiąca na miesiąc stawaliśmy się sobie bliscy jak bracia.
Poleciałem w końcu, aby spędzić razem z nim wspaniałe wakacje.
Udało się znakomicie. W holu wielkiego domu leżały nieoprawione skóry, drewniane maski Myjadorów, tarcze odblaskowe i strzały parowe, a kolekcję wieńczyła odcięta głowa gigantycznego węża podskalnego, z której zdobycia miałem prawo być niesamowicie dumny.
Rozległa posiadłość, w jakiej spędziłem ostatni miesiąc mieściła się na obrzeżach marsjańskiej stolicy. Dzielnica leżała na południe od bazarowego centrum. Tharsisonium wypinało zjeżoną szczecinę stalowych wysokościowców tuż ponad poszarpaną linię czerwonych wzgórz, rozdzierającą miasto na bogatą i biedną połówkę. Mogłem podziwiać do woli widok z pałacowego balkonu Vanhalgera, sięgając wzrokiem aż do terenów wielkoprzemysłowej budowy i szybów wyciągowych okolicznych kopalń. Bliżej znajdowała się główna wylotowa arteria miasta. Pędziły nią w obu kierunkach hałaśliwe powozy. Niektóre, jak dziesięcioosiowe wozy kompanii pocztowej były wyjątkowo szybkie.
Dalekie niebo przecinały smugi wijących się dymów z pędzących lokomotyw terenowych wiozących notabli i lokalnych inżynierów z rozjazdów i bocznic na północ. Gdzieniegdzie po ubitym, pustynnym piasku przemknęła parowa kolaska lub pojawiał się niczym fatamorgana falujący w gorączce popołudnia zmotoryzowany rowerzysta, trzymający w zabezpieczonej rękawicą dłoni przegrzany komin wspomagania.
Pokręciłem głową z niedowierzaniem. Nigdy nie kupiłbym niczego większego niż jednopokojowe mieszkanie w tak hałaśliwym otoczeniu.
Mój wzrok znów pobiegł w stronę wzgórz. Podziwiałem malownicze sterowce dźwigowe krążące wokół montowanych żelbetonowych konstrukcji. Operatorzy dwoili się i troili, by sprostać wymaganiom marudnych szefów.
Siedziałem w wiklinowym fotelu z nogami wygodnie opartymi o poręcz balkonu, gdy pojawił się mój Victor z kolejnym rozpieczętowanym pudłem marsjańskich cygar. Rozsiadł się obok równie swobodnie, rzucając niedbale skrzynkę na stół tuż obok rulonu z otwartym listem. Nadawca musiał wykazać się szczególnym talentem detektywistycznym, aby odnaleźć mnie na rubieżach skolonizowanych światów.
Rulon opatrzony szklanymi pieczęciami przybył aż z Ziemi, adresowany na moje imię i nazwisko. Pisał do mnie jego znamienitość gubernator kolonii z prośbą o zainteresowanie prasowe względem najświeższych odkryć naukowych. Do podobnych sensacji podchodziłem z wielką rezerwą. Będąc potentatem prasowym na Wenus ostrożnie dobierałem zdania i ważyłem każde publikowane słowo.
– Moje myśli ciągle krążą wokół treści listu – wyznał przejęty baron. – Pan oczywiście pojedziesz? – zapytał mnie przymrużywszy badawczo oczy.
– No cóż, skrócę urlop u ciebie, mój odległy kuzynie, pozamykam wujowskie tartaki i w drodze do domu zahaczę o Ziemię. Nie mam tam w tej chwili dostępnego, wiarygodnego korespondenta, a tematy są nader gorące. Sam rozumiesz; romantyczne, niezbadane kontynenty, ludy zaledwie poznane. Dzikie zwierzęta, o których można by napisać niejedną książkę. Może nawet głęboko ukryte cywilizacje tkwiących w apoteozie mnichów bądź latających fakirów? – mówiłem w przypływie humoru, uśmiechając się coraz szerzej.
Victor w odpowiedzi skarcił mnie wzrokiem. Pogładził bokobrody z namysłem. Dotknął swoich pierścieni i sygnetów, jakby ciągle się upewniając o ich wartościowym istnieniu. Długo patrzył ponad balustradą.
– Pan sobie najwyraźniej kpiny stroisz – wydukał w końcu. – Nie ma tam tematów. Wszyscy unikają Ziemi.
Pomimo włożonych wysiłków nie potrafiłem przekonać kuzyna do zwrotów języka nieformalnego. Wzbraniał się i upierał przy konwenansach. Uważał, że należy podkreślać szlachectwo szczególnie w formach języka mówionego. Zwłaszcza wtedy, gdy dokumentacja dotyczyła skomplikowanego procesu akceptacji tytularnych w związkach anemogamicznych, tak popularnych od dwustu lat w arystokratycznym środowisku wenusjańskim. Zwrot osobowy tylko potęgował jego poirytowanie. Wszędzie wietrzył podstęp i spisek. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko przyzwyczaić się do jego uciążliwego dziwactwa, nigdy nie przekraczając wymarzonych progów miłej, rodzinnej konwersacji.
– Nie zdecydowałbym się na odwiedzenie tej dziczy – kontynuował marudnym tonem. – Chodzą słuchy o szerokiej dostępności minerałów Blasku na powierzchni planety. Podobno tysiące ludzi uzależniło się od konsumpcji grudek krystalizującej się energii słonecznej. Pożarta za dnia energia wypełza z ich oczu czyniąc ich niebezpiecznymi telepatami. Fosforyzują bardziej niż ktokolwiek na Marsie. Są nawet w stanie zabić promieniowaniem z odległości kilkunastu metrów… – straszył.
– Pojadę i tak. Nie wierzę w brednie o uzależnieniach. Przecież wszystkie organizmy żywe syntetyzują podobne minerały. Bez gromadzenia ich energii życie stałoby się niemożliwym.
– Tak, ale w przypadku Ziemi minerał energetyczny dostępny jest formie kryształów soli obecnej na każdej powierzchni wyeksponowanej na działanie Słońca. Planeta jest zatruta, a mieszkańcy od intensywnego skażenia stali się niepoczytalni i promieniotwórczy.
– Będę unikał kontaktu z podejrzanymi typami, jeśli o to chodzi.
– Szczególny blask oczu może być pierwszym symptomem związania.
– Będę zwracał szczególną uwagę na ów blask – solennie przyrzekałem.
Gdzieś ponad naszymi głowami przetoczył się potężny grzmot. W oddali zobaczyliśmy lądujący pocisk. Moloch wykorzystywał w ostatecznej fazie opadania wszystkie dostępne worki antygrawitacyjnego balastu i kilkanaście potarganych od impetu spadochronów. Wzbudzony prądem elektrycznym Merkuriański piasek tym razem z wielkim trudem wyhamował upadek i gigant z łoskotem przerył dziobem mokrą glinę pobocza.
– Co za okropne miejsce! Jak potrafi pan to wszystko wytrzymać? – zapytałem kuzyna. Żachnął się tylko, ale użytą formą „pan” wyraźnie poprawiłem mu humor.
– Zapewne wylądowałby pan lepiej?
– No, nie w tak nieodpowiedzialny sposób. Założę się, że miał zamknięte dopalacze frontowe przy opadaniu atmosferycznym.
– Nie na darmo jesteś pan sportową gwiazdą pociskową… Czy mnie pamięć nie myli? Trzecie miejsce w Excurrio Dew?
Połaskotał mnie tą znajomością wyników. Rzeczywiście, udział w zawodach, pomimo mego głębokiego zaangażowania w wydawnictwie stał się życiowym sukcesem i powodem do niesłabnącej dumy. Przy każdej okazji przyjaciele wyciągali ten fakt, a na porządku dziennym popołudniowej herbaty, czy wieczornego szampana było moje szczegółowe sprawozdanie z kraksy powietrznej, jaką udało mi się z Laubemannem przeżyć.
– Gdzie mi tam do oblatywacza Otto Laubemanna, czy Henrey’a Protenhausa.
– Ci panowie są zawodowcami, a pan jak wiem jest czystej krwi amatorem i pasjonatem. Dlatego trochę mi żal wyprawy, którą planowaliśmy za dwa tygodnie na wielbłądach w Dalekie Piaski Marsa. Miałem wynająć sześciu Myjadorów i dwudziestu czarnych tragarzy – mimowolnie wciąż nęcił mnie wizją i zachęcał żywym słowem.
– To już postanowione, baronie. Tak zwany przymus okoliczności.
– Wobec tego zastanówmy się jeszcze raz ponad treścią korespondencji – drążył wytrwale. Wyraźnie miał ochotę na więcej przygód i moje natrętne, wrodzone wścibstwo szczególnie mu we mnie odpowiadało. – Czy jest to ważny powód skrócenia pańskiego u mnie pobytu? Nie ujrzymy się zbyt szybko – ostrzegał z kwaśną miną.
– Nie będzie aż tak źle. Poza tym proszę mnie odwiedzić na Wenus w każdym dowolnym czasie. Mam tam równie wygodny pałac, jednakże w przyjemniejszej i bardziej relaksującej okolicy. Co zaś się tyczy mojej decyzji o ekspedycji na Ziemię pozostaje ona w mocy. Gubernator jako człowiek słabo wykształcony niepotrzebnie komplikuje swoje hipotezy.
– Sam przychylam się do pomysłu o pochodzeniu naturalnym. Być może mnożące się od jakiegoś czasu incydenty z drewnianymi posągami naprawdę mają swoje źródło w podzwrotnikowych lasach.
– Musi pan jednak przyznać, że gubernator przesadził. Posągi miałyby być wystrzeliwane z wnętrza spróchniałego pniaka w wyniku procesu podobnego do dojrzewania nasion? Z relacji bezpośrednich świadków wynika jasno, że przybywają one z głębi nieba i nie ma tu mowy o chaotycznym locie ślizgowym, a dokładnie obliczonym procesie lądowania i zagnieżdżania w glebie.
– Nie może pan darzyć zaufaniem nadętych bufonów.
– Zakładam, że obie strony mają trochę racji. Co do mnie, to w całej sprawie bulwersuje mnie ogromna żarłoczność istot niebiańskich. Konsumują idące w setki ton ilości minerałów słonecznych. Po co?
– Wobec tego nic nam na Marsie i Wenus nie grozi. – Odetchnął z ulgą baron. – Obie planety nie posiadają złóż tej parszywej substancji.
– Szczerze wątpię. Złoża mogą leżeć głęboko pod powierzchnią Marsa.
– Proszę uważnie przyjrzeć się ludzkiemu ciału. Każdy z nas kumuluje w ciele równowartość dziennego Blasku. Tylko dlatego potrafimy utrzymać ustabilizowaną temperaturę ciała podczas nocy. I stąd biorą się te prądy energetycznej aury.
– To jony są odpowiedzialne za ten proces, a dokładniej; aktywna gazowa otoczka chroniąca istoty żywe – powiedziałem. – Najdynamiczniej spotykane u organizmu rozumnego z powodu jego aktywności umysłowej.
– Kto zrobił z pana tak skrajnego materialistę? Czy to wywody jego książęcych mości, Ojca?
– Nie znaczy, że popieram wszystkie jego tezy, ale cały poczet Bytów Świetlistych w teoriach pola czasoprzestrzeni, ogłoszony dwa lata temu z takim triumfem przez Kongres Naukowy po prostu mnie śmieszy.
– Ależ to namacalny dowód, jak obraz lasów krystalicznych przekazanych nam przez automatyczną sondę z powierzchni Słońca. Nikt dzisiaj nie wątpi w naukowe fakty, a byty Świetliste wręcz perfekcyjnie wpasowują się w równania matematyczne teorii czasoprzestrzeni. Mówimy dwoma różnymi językami fizyki, panie Ashley.
Głęboko zaciągnęliśmy się cygarami, aby tym razem uspokoić nerwy.
– Nigdy nie polecę na tę planetę. Zbyt wiele tam oceanów – odezwał się baron ziewając. – Zresztą pan, jako pyłkowy dżentelmen również nie znajdzie tam tylu obiektów wdzięku.
– I tu się pan myli. Luna została zaraz po Wenus ogłoszona księżycem wolności rozrodu. Liga Dżentelmeńska wspierała oddolne inicjatywy, aż jej reprezentanci stali się na księżycu Ziemi czołowymi aktywistami ruchu na rzecz anemogamizmu.
– Nigdy tego nie zrozumiem. Po co ingerować w uświęcony wewnętrznym porządkiem biologizm człowieka?
– Widocznie trzeba. Wymaga tego nasz fundamentalnie pojęty szacunek do płci pięknej. Nie zniósłbym więcej tego drażliwego chamstwa erekcji. Proszę sobie tylko wyobrazić, z jaką rozkoszą musi przyjmować zakochana kobieta nasze chemiczne, nieskrywane umizgi. Seks stał się dzisiaj narzędziem bezpośredniego kontaktu osobowości, pozbawionego tej parszywej otoczki bulwersującego zezwierzęcenia. Wolę być delikatnie namiętny… niż absurdalnie rozogniony nadczynnością ludzkiej hydrauliki.
– Ja preferuję męską brutalność i jak wiem, na nią również istnieje spory popyt w środowiskach kobiet dojrzałych i namiętnych. Ale, ale… Czy mi się zdawało, że jedzie pan na Ziemię, a nie na usłaną mięciutkimi poduszkami Lunę?
Roześmiałem się serdecznie.
– Na Ziemi udało się skolonizować tylko jeden kontynent. Reszta ogromnych obszarów pozostaje ciągle niezbadana. Dlatego tak łatwo przychodzi co niektórym spekulować na temat leśnych, latających posągów, których rzeźbą miałaby się zająć sama natura. Odwiedzę wyłącznie osiedla kolonistów, w większości przybyłych tam z Amiriony – dziesiątego księżyca Wenus. To sensowni ludzie. Chcę zamknąć sprawę i w miarę możliwości uspokoić gubernatora tej wątłej kolonii kilkoma sensownymi słowami. Mam wrażenie, że staruszek obawia się inwazji, a rząd jaki reprezentuje stać jedynie na sfinansowanie niewielkiej armii sezonowej, złożonej głównie z kawalerii. Dwa pancerne sterowce przecież nie obronią planety.
– Proszę nie przesadzać, jedno wielkie miasto i kosmodrom to jeszcze nie jest cała planeta.
– W każdym razie dobrze prosperujący jej kawałek. Floty myśliwskie zbijają niemały profit ze sprzedaży niewolników Afrikońskich. Dlaczego one nie zapewnią im wsparcia?
Baron wzruszył ramionami.
– Kiedy pan rusza? – zapytał.
– Jutro rano. Podróż zajmie kilka dni, a ja jeszcze koniecznie chciałbym zabrać z Marsa mój nowy powóz i ulubione konie.
– Po cóż to panu? Tak łatwo się pan przywiązuje do rzeczy? Poważny ekwipunek do jazdy kupi pan na Wenus od ręki.
– Chcę pozostawić sprzęt nowemu, wynajętemu na miejscu korespondentowi. Ziemia może okazać się interesującym tematem artykułów. Kto wie, może dzięki ich cyklowi uda mi się rozpalić zarzewie przyszłej gorączki osiedleńczej? A może odkryć złoża cennych metali, bądź uruchomić odlewnię super wytrzymałego żeliwa?
Wyruszyłem następnego dnia w potężnym pocisku ekspresowym nowej generacji firmy Hagshprung Russel, idącym w kierunku Luny. Zabierał ze sobą sezonowych górników planetoidalnych i ich rodziny, stąd hałas płynący z niewybrednej konwersacji i ostrych kłótni kosztował mnie sporo nerwów i napiętej do granic możliwości cierpliwości. Chociaż nie uśmiechała mi się długa przesiadka na głównym księżycu Ziemi, to z przyjemnością pomyślałem o widoku przelatujących w jego atmosferze majestatycznych sterowców. Wkrótce ujrzałem pod sobą wielki kontynent Australionu i rosnące wysokościowce jedynego, liczącego się tutaj miasta. Port Melbournehor błyszczał milionem latarni i ognistymi jęzorami jedynej huty. Wkrótce poczułem na sobie surowy oddech tej ziemi.