Szkice – Future 2012-2018

  Będąc czytelnikiem odnajdywałem wielokrotnie autorów, którzy doprowadzali wprost do rewizji tego wszystkiego, co było ważne wczoraj. Próżno ich wymieniać. Nazbyt wielu. Może tylko kilku najważniejszych; Dick, Lovecraft, Burroughs, Vonegut, czy Wells. Nikt nie ośmieli się do nich porównać, ale ziarna, które posiali żyją i charakteryzują się własnym, niezależnym bytem. Stąd, dotąd skwapliwie ukryte, gdzieś  w strefach myśli niedoścignionej, dziś niemal spisane zostały; Igholat i jego galaktyczne imperia, światy Solarne i ich kontynuacja, Szklane głosy, Testimonium i Fanaticon- sześć szkiców większych, powieściowych projektów…

Fanaticon – powieść 2019

10286878_834347416592942_3899370912538310564_o

 

Więcej informacji wkrótce

Jest i coś zupełnie nowego. Dopiero co nad tym usiadłem.  Roboczo nazwałem to coś “Asteroświatem”.

 

17424928_1450697688306246_3190913392233645155_n

Nocrelotum – kolejna powieść steampunkowa 2017

15138509_1808733819407690_1679597537890655002_o

Więcej informacji wkrótce

Nieboski księżyc – powieść 2018

1233375_690487620978923_1461989229_n

Więcej informacji wkrótce

Chronometrus – powieść 2018

10469375_917789414915408_5282950434176823302_n 10450373_917789624915387_7696423345617684522_n 10402395_917789261582090_8950884556367614132_n

          Więcej informacji wkrótce   “Swiaty Solarne 2015″ Stało się…..http://solarisnet.pl/polska-fantastyka/201262-swiaty-solarne.html#   Zapraszam na Facebook https://www.facebook.com/pages/Swiaty-Solarne/866389823403705?ref=hl

Poznajmy raz jeszcze głównych bohaterów powieściowej awantury. W samym centrum mozaikowego Foto Grafu Jej Prześwietność i Przecudowność panna hrabianka Cydonia Hornsby. W górnym lewym rogu, Jego aborygeńska Tajemniczość Yarragee Kaanja, po prawej górnej stronie kawaler złotej odznaki strzeleckiej Max. Poniżej odnajdujemy Jego Łobuzerską Szlachetność hrabiego Shankbell oraz dalej Sir Ashleya Brownholea i jego Sławnego Kuzyna marsjańskiego, Barona Vanhalgera.

Steampunk według Jana Maszczyszyna

11 marca 2015
Wydawnictwo Solaris przygotowuje do druku powieść Światy Solarne Jana Maszczyszyna. Obok prezentujemy intrygujący projekt okładki, na której pojawiło się hasło “pierwsza polska powieść steampunkowa”. I mimo, że jest w tym pewna nieścisłość to wiele wskazuje, że niedługo będzie to “pierwsza polska seria steampunkowa”, czego jesteśmy bardzo ciekawi. Dwa lata temu, nakładem Warszawskiej Firmy Wydawniczej, ukazała się interesująca antologia opowiadań tego autora, zatytułowana Testimonium, którą dla was recenzowaliśmy. Grafiki –  za pozwoleniem – serdecznego polskiego przyjaciela Pawła Leśniewskiego. 14100374_1388077144553297_4112761368010376977_n 14095996_1388076501220028_5874247689693835028_n 14095813_1388076911219987_2845627225974222872_n 14095725_1388077554553256_1813054234690668912_n 14095694_1388077097886635_6315972106066902340_n 14089303_1388077057886639_4416014773856916388_n 14089280_1388075671220111_4065525777738905098_n 14089162_1388076814553330_3288283476191418390_n 14089035_1388075634553448_1195962557821334237_n 14088471_1388076751220003_1629784079996929733_n 14080023_1388075534553458_5225735297898638975_n 14080008_1388076444553367_3425495558963457298_n 14079783_1388078121219866_9039399834125075253_n 14079717_1388075551220123_2786505978575376158_n 14079637_1388077077886637_3688306462415296135_n 14079625_1388075604553451_1647830180280606066_n 14079581_1388076661220012_1221762708953562227_n 14068209_1388076561220022_246671534980248596_n 14068162_1388077274553284_4467935709934455801_n 14068150_1388077024553309_7503358109374118628_n 14067442_1388075234553488_4721387150566359932_n 14064231_1388076404553371_4654285535002843234_n 14064164_1388076364553375_3137777905436690746_n 14064129_1388075384553473_2628883266055866249_n 14064073_1388075801220098_3962583286615624453_n 14063979_1388078017886543_5714797008068304955_n 14063884_1388076787886666_3521425390155194309_n 14055054_1388077354553276_784095930781150434_n 14051804_1388076647886680_2224946462332066136_n 14046050_1388075721220106_7505034998258970870_n 14045960_1388075514553460_361427642695134394_n 14045867_1388075734553438_207808592344296363_n 14045582_1388077011219977_1408348033667016098_n 14040163_1388075771220101_5263296741648362145_n 14040039_1388078021219876_3192129409609741689_n 14040013_1388075334553478_8129180743629295365_n 14039931_1388076484553363_317121293061503817_n 14021698_1388077527886592_4515869432729834462_n 13625385_1388076691220009_3747026552120848936_n 13625383_1388075491220129_1063688202897564385_n 14142044_1388077284553283_1609136926160516388_n

 Wywiad z autorem  Jeszcze raz; Terry Malcolm z tej strony… - Tak, słucham? Proszę pytać.  - Od ponad dzisięciu lat jestem związany z moim pismem. Obserwuję jego ewolucyjną dynamikę. Gro artykułów stanowią popularnonaukowe eseje, których sam bywam niejednokrotnie autorem. Czy uważa pan, że formuła powieści czysto przygodowej ma zastosowanie w przykładzie Swiatów Solarnych? Czy jednak istnieje coś jeszcze? - Swiaty Solarne są, mówiąc całkowicie szczerze – w swoim zamierzeniu – wielkim ukłonem w stronę niedoścignionych inspiratorów. Mam tu na myśli Edgara Rice Burroughsa, Herberta Wellsa, czy Juliusza Verna. Na przykładzie tego ostatniego widać, że przygodowa fabuła była zwykle jedynie magnesem ciągnącym czytelnika do wzbudzenia w nim szacunku do nauki jako takiej oraz inspiracji i fascynacji procesem poszerzania horyzontów wiedzy. Obraz takiej literackiej próby byłby niepełny, gdybym nie postarał się o tego typu treści. Jest więc tu potworny pomysł rynku protetycznego wspomagania inteligencji, czy wszechmogących Bytów Ekosferycznych wypełzający jeszcze z pamięci czasów zachłyśnięcia się Carlem Saganem. Jest też próba, usankcjonowania świata, który aby miał być obcy musi być totalnie inny. Wszystkie wspomniane wydarzenia odbywają się podczas nagłej kolizji dwóch odmiennych światów. - A więc ukłon w stronę wielkiego Verna. - Z największym szacunkiem…Miałem taki zamiar. - Chyba pora na nasz drugi Spoiler? - Tak. Spróbujmy Trailer # 2 – Co pan tam zobaczył, na boga? – spytał mnie baron chwytając moje słaniające się ciało w ramiona. Nie odpowiedziałem. Zmarszczyłem tylko brwi i wbiłem smutne spojrzenie w ziemię… Miałem kolejną wizję. – Przepraszam, że przerwę opowieść, panie Ashley – wtrąciła panna Lagris nieśmiałym tonem. – Ale nie daje mi pewne zagadnienie spokoju. Zauważyłam, że zmieniacie światy jak rękawiczki. Pozostają poza waszą troską tak podstawowe kwestie, jak gazowy skład atmosfery, gęstość, czy wartość ciśnienia. Czy ktokolwiek z was zauważył różnice ciążenia? W naszym świecie nie można oddychać na Marsie, czy Wenus. Merkury posiada atmosferę zaledwie śladową, a temperatura, czy magnetyzm i promieniowanie mogą zabić istoty żywe w otwartej przestrzeni kosmicznej w przeciągu ułamka sekundy. Spojrzałem na pannę z uśmiechem pełnym uprzejmego politowania. – Nie może mnie pani posądzać o totalną ignorancję. Sukcesem zakończyłem naukę na dwóch uniwersytetach. Posiadam więc stopnie naukowe o poważnym potencjale. Odpowiedzialnie prowadzę ogromne przedsiębiorstwo i dodatkowo jestem redaktorem miesięcznika popularno-naukowego „Express parowy”, która to praca najzwyczajniej mnie bawi. Jestem znakomitym oblatywaczem pocisków międzyplanetarnych, czyli sportową sławą o inżynieryjnym potencjale. Pamiętam dyskusje z panią przeprowadzone na korytarzu dotyczące fizycznych aspektów różnic pomiędzy rzeczywistością naszych odmiennych światów. I ten punkt uderzał w panią zawsze najczulej. – Ma pan na myśli teorię Blasku? – Nie teorię, ale konkrety, miła pani – zaatakowałem z pasją. – Intensywność promieniowania Słońca waszego systemu spada drastycznie wraz z odległością, prawda? W waszym, żałosnym przypadku temperatura maleńkiego Plutona kształtuje się na granicy minus dwustu stopni Celsjusza. Czyż nie tak? Podczas gdy wy macie problem ze zbyt spontanicznym rozproszeniem energii – dziewięćdziesiąt dziewięć, koma dziewięć procent pochłania bezużytecznie przestrzeń kosmiczna – my w naszym świecie posiadamy świadomy element koncentrujący, którym jest tak zwany Byt Świadomości Ekosferycznej. Dostrzegam ten uśmieszek politowania, admirale. Dostrzegam i ubolewam. – Wojskowy natychmiast pokłonił głowę w przepraszającym geście. Uśmiechnąłem się z triumfem. – Jeszcze nie potrafimy zjawiska w pełni wyjaśnić, ale czyż wszystko trzeba koniecznie klarować i uzasadniać? Blask pozostaje głównym nośnikiem ciepła, ześrodkowaną i perfekcyjnie wyregulowaną porcją energii działającą precyzyjnie w płaszczyźnie ekliptyki. Pozostaje niezmieniony i jest regulowany na obszarze dowolnie odległej orbity planetarnej. Nie rozprasza się tak beznadziejnie pomiędzy nieistotnymi obszarami pustki. Wprost przeciwnie. Jest całkowicie spożytkowany dla potrzeb istot żyjących. – Ach, teraz rozumiem – wybuchła poruszona Lagris, za co natychmiast została skarcona wzrokiem admirała. – Mieliśmy podobne teorie w dziewiętnastym wieku, kiedy głoszono pogląd – kontynuowała pomimo zgorszenia przełożonego – że promieniowanie jest oddziaływaniem pomiędzy masami. Zaraz wyjaśnię… – Przełknęła w podekscytowaniu ślinę. – Niejaki Young z Uniwersytetu w Princeton w około 1850 roku uznał, prowadząc batalię o pochodzenie źródła promieniowania słonecznego, że koncepcja energii promienistej „jako oddziaływania wyłącznie pomiędzy masami” zredukowałaby ilość energii emitowanej. Śledzę więc pańskie wyjaśnienia z rosnącym napięciem, panie Ashley… – Panno Lagris, proszę się opanować – Admirał miał jeszcze surowszy wyraz twarzy. Zmarszczył brwi. – Nic więc dziwnego – kontynuowałem – że w przypadku Blasku rozpiętość gwiezdnej ekosfery, czyli strefy warunków sprzyjających utrzymaniu życia obejmuje w skrajnych przypadkach sferę o średnicy do jednego roku świetlnego. – Sam zdałem sobie nagle sprawę ze zbieżności idei, o której wspomniała Lagris. Spojrzałem na nią uważniej i ze szczerym uśmiechem kontynuowałem. – Ale wracając do pani pytania, wiem z całą, cholerną pewnością, że w Światach Solarnych tylko Merkury posiada nieco rozrzedzoną atmosferę. Jednakże właściwy balans oddechowy pozwala uzyskać wmieszany w skład kosmiczny eter. – Wzruszyłem ramionami. – Wszędzie da się żyć. Nie znam ciała niebieskiego, na którym nie można by było oddychać. – Czyli głównym składnikiem mieszanki oddechowej jest tlen? – Z uwagi na wydolność układu oddechowego wykorzystującego do procesów spalania eteru wydaje mi się, że organy ludzkie są wydolne do wielorakiej transformacji energetycznej. Czym jest u was tlen? – Jest silnie reakcyjnym gazem. Skład atmosfery na pokładzie naszej jednostki zawiera ponad jedną czwartą tlenu. Reszta to azot i niewielka domieszka argonu. Z pana słów jasno wynika, że na powierzchni wszystkich planet występuje tlen. I co więcej eter kosmiczny, o którym pan z taką dumą mówi, zapewne ma też coś wspólnego z tym popularnym gazem. – Mówimy od dwóch eterach, panno Lagris – napomniał kobietę Leight.  – Doskonale rozumiem, sir. Nasz „teoretyczny eter” z epoki maszyn parowych i automobili nie ma wiele lub nic wspólnego z substancją wypełniającą Enklawę. – Wróćmy do historii – zniecierpliwił się admirał. – Panno Lagris, proszę pamiętać, że odkąd przekroczyliśmy granice strefy, badania spektroskopowe nie powiedziały nam niczego wiążącego o budowie jądra galaktycznego, poza tak zwaną Zasłoną Fellgreesa. Jesteśmy w czarnej dupie z naszymi analizami chemicznymi. Niech więc pan Ashley oddycha sobie powietrzem, jak sam mówi. Podam tylko dla przypomnienia, że za skład mieszanki oddechowej odpowiadam ja osobiście i nie pamiętam, czy oprócz tlenu i azotu znalazło się w nim miejsce na pańskie „powietrze”. – wyjaśnił jadowicie. – Przypuszczam, że nie pozostaje nam nic innego, jak tylko zaakceptować ten świat, takim, jakim jest i uszanować wiedzę i doświadczenie gości. – Musi pan przyznać, Admirale, że „to” poza wami musiało być piekielnie zabójczym miejscem?  – Dla mnie było jak najbardziej normalne. Tutaj wszystko jest powalająco idiotyczne. – Rzuca się pan na mnie jak rozwścieczony zwierz! – krzyknąłem. Spróbował schłodzić atmosferę uspokajającym gestem dłoni. – Szanowny panie Ashley – zaczął po chwili spokojniejszym tonem. – Przyznaję, zdarzyło mi się podnieść głos. Absolutnie nikt pana w naszym uczciwym towarzystwie nie atakuje. Mam przed oczyma „Historię myśli naukowej” Wladstone’a z roku 2347. Wiem, że nasz pozorny konflikt może wynikać z przesunięcia percepcji. Jak to rozumiem? Otóż najprawdopodobniej są to różnice kulturowe typu „historia interpretacji”. W rozwoju cywilizacyjnym myśl również ulega ewolucji. I tak widzę na przykładzie waszej szlachetnej trójki wczesny dziewiętnastowieczny entuzjazm.  – Posądza nas pan o naukowe zacofanie, nieudokumentowane fanaberie i gadanie bredni? – oburzyłem się nie na żarty. – Nie. Proszę mi wierzyć, stawiam sprawę w jak najbardziej uczciwy sposób. Sam widzę, że mam do czynienia z zupełnie inną rzeczywistością. Zderzenie odczułem bardzo gwałtownie. Jestem w szoku. Pewne prawa natury są wiążące w obu światach, stają jakoby u fundamentów natury i wasza ich interpretacja jest wręcz infantylna. OK, powtarzam interpretacja, a nie wiedza! W innych kwestiach otwiera się nowa, niezrozumiała perspektywa i wtedy wydajecie mi się mocarnymi przewodnikami po nieznanym. Reasumując, wasz świat w swej strukturze posiada dodatkową, piekielnie skomplikowaną, aczkolwiek konsekwentnie kontrolowaną nadbudowę, która w niezwykły, skrajnie nietypowy sposób wspiera życie organiczne jądra Galaktyki. Przypomina mi cholerne, arabskie baśnie… – Ale proszę przyznać, Admirale – wtrącił niespodziewanie baron. – Życie, jak pan to pięknie ująłeś, jest właśnie baśniowym cudem. Jest skrajnie nieprawdopodobne w przypadku waszego wszechświata, a jednak i tak możliwe. Trudno się więc dziwić, że dla jego ochrony „tutaj”, w takiej różnorodności formy i bogactwie, nie sięgnięto po skrajne metody jego konserwacji.  – Ma pan rację, panie baronie. Nie ograniczono środków. Bez limitu poprzekręcano rzeczywistość, aby posłużyła tylko jednej szalonej idei wsparcia jego ochrony. Skierowałem na niego swoje krzywe spojrzenie. – A więc, admirale Leight, przyznaje pan, że prócz tych semantycznych i światopoglądowych starć nasza obiektywna rzeczywistość jest realna i dla pana namacalna? – Przyznaję. Występuje w nim niezmierzone bogactwo naturalnego porządku i zegarmistrzowskiej precyzji, kto wie, czy nie mającej, jak wspomniała panna Lagris, korzeni w zbliżonej historii naukowej interpretacji świata. Najbardziej uderza mnie cykl gwiezdny. Sam pamiętam z historii, że ówczesna nauka wyjaśniała obecność słonecznych plam wulkanizmem na jego powierzchni. Inni naukowcy prowadzili długoletnie spory na temat widocznej poprzez plamy ciemnej powierzchni gwiazdy. Tłumaczyli jej energię spalaniem setek milionów ton antracytu lub udowadniali, że jej źródłem jest stały napływ masy uderzających w nią meteorytów. Później do tego samego celu zaprzęgnięto gaz międzyplanetarny. Bzdury, bzdury i jeszcze raz bzdury, a jednak hipoteza dzielnie funkcjonowała niepodważona przez całe lata. Nikt nie wysunął przeciw niej kontrargumentów. Dzisiaj nie wytrzymałaby kilku sekund u jakiegokolwiek fizyka uniwersyteckiego. Dlatego pańskie poglądy są w pierwszym momencie dla mnie kuriozalne i przypominają mi naszą historię, ale jednocześnie wierzę, że autentycznie zachodzą w waszym świecie procesy, które nie śniły się naszym, wspomnianym już z takim rozrzewnieniem filozofom. Proszę mi w takim razie jeszcze raz przybliżyć ten z pozoru nonsensowny cykl życia gwiazdy, panie Ashley. Trudno mi było odmówić po tak niebanalnym wstępie. – Muszę zacząć od obserwacyjnego przypuszczenia moich kolegów po fachu z Wenus, że większość, jeśli nie wszystkie gwiazdy w obrębie Enklawy są tworami zbudowanymi sztucznie i emitują charakterystycznie skwantowaną energię. Wiemy to dopiero od niedawna, porównując światło nadchodzące z ramion Galaktyki z tym, które nadchodzi z wewnętrznych partii jądra. Sam skonfrontowałem teorię z faktami. – Jestem przyzwyczajony do myśli, że energia słoneczna powstaje w wyniku fuzji termonuklearnej. – Ja jestem przyzwyczajony do myśli – powtórzyłem za nim agresywnie – że ta sama energia jest wytwarzana przez generatory umieszczone w zamierzchłej przeszłości w wydrążonym wnętrzu gwiezdnej sfery przez niezidentyfikowanych Demiurgów, niekoniecznie Hadów. Stąd ciągle unoszące się ponad nimi pasma szarego smogu.  – Szkodliwego dla życia? – roześmiał się złośliwie admirał. – Nie, absolutnie pasywnej pary wodnej i domieszek obojętnych gazów, nie wiem w tej chwili jakich. Chemia zawsze była mi obca. – I co dalej? – naciskał Admirał. – Po pewnym określonym czasie, promieniowanie powoduje na powierzchni szczególnych planet, takich jak na przykład Ziemia, syntezę minerałów Blasku. Tylko istoty zdolne do ich konsumpcji i specyficznego metabolizmu, tak zwane Byty Świetliste, otrzymują w rezultacie dar Blasku. Dotąd nie miałem pojęcia, że w naszym układzie planetarnym wybrańcem jest człowiek. Nie wszystkie organizmy żywe potrafią udźwignąć ciężar dalszego procesu. Wyłącznie nieliczne osobniki osiągają właściwy potencjał, aby być zdolnym związać swój los z bytem gwiazdy.  – Jakie to ma znaczenie? Kim jest ów byt? – Byt Świetlisty staje się świadomym dystrybutorem sztucznie wytworzonej energii gwiazdy.  Admirał wyglądał na skrajnie wyprowadzonego z równowagi. – Nie mam zamiaru sprzeczać się co do koncepcji waszego świata, ale wcale to nie oznacza, że pryncypiów fizyki z naszej rzeczywistości tutaj nie ma! W innym wypadku, my emisariusze z innego wszechświata, nie przetrwalibyśmy ani sekundy.   14142011_1388077547886590_6637847521824218513_n   Terry Malcolm podczas jednego z wywiadów. - Witam serdecznie, Terry Malcolm z Wenusjańskiego Porannego Gońca Parowego. - Witam. Już zdążyliśmy się poznać. - Co pan sądzi o powieści? - Chciałbym być bezstronnym i pozostawić wybór opinii czytelniczej. W końcu tylko opracowałem fakty. Prawdziwym autorem kronik jest Sir Ashley… - No, ale jednak poczuł się pan zaangażowany w dzieło? - A jakże, wespół z moją córką Natalią spędziliśmy dwa miesiące na darciu projektów okładki na strzępy. - I w końcu się udało? - Właściwie to jej ostateczna forma mi się wyśniła. Musiała być wierną opisywanej historii. Takie wyznaczyliśmy sobie założenie. Przede wszystkim z samej definicji wynika, że jest ona wstępem, pierwotną wizją, parcytypującą w procesie tworzenia optyki spojrzenia i siłą rzeczy wpływającą na historię widzianą oczyma czytelniczej wyobraźni. Później już rodzi się magia jego własnej interpretacji i już on sam mebluje sobie swój prywatny wszechświat na podstawie przeczytanych słów. Okładka jakoś jednak snuje się za nim i dobrą aurą inspiruje. A już całkiem dobrze by się działo, gdyby za każdym razem, gdy napotykając głodnym czytelniczym wzrokiem książkowy brzeg ten natychmiast rozbudzał by wspomnienie lub być może i nawet sentyment, czy daj Wielki Boże nostalgię. - Wspominał pan o włosach… Roześmiał się gromko. - A tak. Alonbee na okładce mają włosy. W pierwszej części te paskudne ryby dopiero poznają gatunek ludzki, ale już w drugiej za sprawą chirurgii plastycznej mają je wszystkie. To sprawa mody. Alonbee mają po prostu bzika na jej punkcie. Uwielbiają peruki i wszelkiego rodzaju grafty. - Tak zręcznie pan lawiruje, że uciekła mi odpowiedź na pierwsze pytanie… - Na temat samej opowieści? - Tak. - Wolałbym, żeby w tym względzie głos zabrał mój najszczerszy przyjaciel. - Będzie prawił po pana myśli? - Szanuję go bezwzględnie za niezależność opinii, więc mam nadzieję, że jego analiza jest tak bliska prawdy, jak najbardziej szczerość jego wypowiedzi to umożliwia. - Oddajmy więc głos Sir Marcusowi..  - Tak proszę, pan Marek Grzywacz… …wyjątek z przedmowy do książki pióra Marka Grzywacza, publicysty często goszczącego znakomitymi artykułami na łamach miesięcznika Nowa Fantastyka: „Swiaty Solarne” zapraszają czytelników do podróży w kosmos, w którym panują iście XIX-wieczne obyczaje i podziały społeczne, międzyplanetarna bryczka jest popularnym środkiem transportu, a tamtejszą wersję naszej gwiezdnej najbliższej okolicy – Układu Słonecznego – zamieszkują najróżniejsze ludzkie i quasi-ludzkie cywilizacje, sprawiając, że każda z najbliższych nam planet tętni zadziwiającym życiem (sama Ziemia pełni zaś rolę niezbyt ciekawych peryferii). A gdy już nacieszymy się tą nieprzeciętną odmianą przeszłej przyszłości, autor porywa nas w oszałamiającej prędkości wycieczkę w inne rejony Wszechświata, gdzie czekają zaawansowani w rozwoju, nieodgadnieni, ale też bardzo staroświeccy obcy. Przy splataniu w całość zasad rządzących tym uniwersum, powieść w udany sposób łączy elementy zaczerpnięte z archaicznej kosmologii – jak choćby wypełniający przestrzeń pozaziemską eter; naleciałości plemiennych wierzeń i poglądów na wszechrzecz – choćby echa spirytualnych wojaży Aborygenów; ale też własne, kojarzące się nieco bardziej z fantasy pomysły na moce wstrząsające jego posadami. Całość rozwija się w formę staroszkolnej space opery, wyzyskującej w oryginalny sposób znane z gatunku klisze, jak inwazja obcych, międzygwiezdna wojna czy namaszczony przez tajemne moce „wybraniec” (a może nawet więcej niż jedna taka postać). Choć nacisk kładziony na wyłożenie czytelnikom skomplikowanych praw natury i kulisów niezwykłych technologii używanych przez ludzkość i obcych należy uznać za ukłon w stronę hard science fiction, tylko opartego na nauce całkowicie fikcyjnej lub teoriach obalonych przez naukowców. Mylicie się jednak, jeśli uznaliście zawczasu, że to wesoła, przygodowa wędrówka przez szalone, wystylizowane na dawną fantastykę światy. Sięgając ku naszej przeszłości, Jan wydobył z niej widmo kolonializmu i rasizmu w najgorszej postaci, odtwarzając winy naszych przodków w nowych realiach. Arystokratyczny cynizm, ignorancja i bigoteria większość zdawałoby się pozytywnych postaci każe nam zastanowić się nad tym, jaka zawsze była – i pewnie nadal jest – rasa ludzka. Dodajmy do tego obce cywilizacje o nieprzeniknionych modyfikacjach, w złowieszczy próbujące zmienić losy innych gatunków i rozwijające intrygi na galaktyczną skalę – przez co jedynym wyjściem z sytuacji nawiązania z nim kontaktu jest być może brzemienna w skutkach konfrontacje. I widać już, że mrok typowy dla wizji Jana przesyca i tę, zdawałoby się mającą tylko flirtować z konwencją rzeczywistość, co razem przekłada się na niepowtarzalne podejście do estetyki takiej zabawy z przestylizowanym retro s-f. Oraz ukazuje, że można w nią udanie wpleść poważne, niepodporządkowane jedynie rozrywce rozważania nad kondycją człowieka.    14117902_1388075301220148_1423090660637556139_n             Krótki wywiad z   Sir . Ashleyem  B . Brownhole, dziennikarzem i podróżnikiem –  główną postacią solarnej opowieści; - Nie będziemy rozpieszczali przyszłego czytelnika fragmentami… – zasugerowałem przysuwając tubę nagrywającą bliżej Sir. Ashley’a - Tak, sneak peak jest tu nie na miejscu – zgodził się ze mną, spozierając tym swoim strasznym wzrokiem.  - W końcu jesteśmy dżentelmenami – stwierdził z ciężkim westchnieniem. - Otóż właśnie…Jest pan głównym bohaterem powieści. Nie czuł się pan znudzony narracją? – zapytałem z odrobiną złośliwości, tak charakterystycznej dla marnego dziennikarzyny. - Nie, wprost przeciwnie. polubiłem to tempo – stwierdził poważnym tonem.  - Wszystko wydarzyło się we właściwym czasie. Zakochałem się, miałem cudownej urody potomka, dużo podróżowałem. Zachwycił mnie świat i zaludniające go istoty. Chciałem zagościć na dłużej. Niestety, autor ciągle marudził. Chciał rzecz całą skończyć. Pisałem do niego błagalne listy z  prośbą o kontynuację, ale jak dowiedziałem się od jego murzyna bibliofijnego targał je i ciskał ze złością na ściany. - Chciał zmieścić się na stu marnych stronach, jak przypuszczam? - Otóż to. -Gdzie rozgrywa się akcja? - Powiem krótko. Nie wypada mi wyjawiać  tajemnic autora. Najpewniej by mnie uśmiercił na najbliższej stronie. Otóż podróżujemy w przestrzeni tentralnej – każdy fizyk  wie w czym rzecz; multum wrażeń, dobrej energii i akcji. Jeśli powiem, że jest to jądro Galaktyki -nie skłamię – a obrazki powyżej posiadają nośność owej atmosfery. Będą wymowniejsze niż słowo. - Czyli steampunk – fantasy? - Jak najbardziej…- Zrobię tam wszystko dla pewnej  cudownej kobiety. To podobne do niej zdjęcie kobiety jest wszystkim, co mi po niej pozostało. 16266003_1565867763440900_8545867306828165342_n 16265989_1565868043440872_7440624776354910106_n 16265982_1565867786774231_8516094589601725313_n 16265737_1565867496774260_5030959677017367185_n 16265698_1565867806774229_3271110523218112917_n 16265552_1565875996773410_3134276834173329061_n 16265287_1565867993440877_7794534373920123856_n 16265190_1565867720107571_8304825745964318198_n 16265168_1565865423441134_4246396733410435439_n 16195888_1565865116774498_1407422617307170343_n 16195859_1565867593440917_2780690528075847027_n 16195820_1565864973441179_8316304784784234171_n 16195724_1565868230107520_6298186721405821398_n 16195723_1565867606774249_2268710666759654435_n 16195558_1565867906774219_7197232347229642282_n 16195428_1565865406774469_8126221575116690950_n 16195408_1565868040107539_4119023870855122257_n 16195386_1565865196774490_7959571466723846352_n 16195266_1565867740107569_3995139169382698241_n 16195203_1565865066774503_6419187569125585733_n 16195121_1565865110107832_495744139265035790_n 16195113_1565867510107592_5099172119580776892_n 16195020_1565867690107574_5740709042250607824_n 16195014_1565867506774259_4840644970742294917_n 16195012_1565875873440089_8652392635207261385_n 16174968_1565867576774252_8084369510334988409_n 16174893_1565865360107807_3598846724880867219_n 16174795_1565867710107572_7432458982980227043_n      

 Swiaty Alonbee czerwiec 2016 – Hrabianka Asperia – marzec 2017 kontynuacja .

 

16195647_1566985146662495_421872462701546845_n

16298943_1566984769995866_2215212414556089700_n

Testimonium – powieść 2017

Prolog      Hagun     Od skalistych szczytów Itar Toszanu, poprzez poprzecinane siatką wyschniętych rzek równiny Fil Loji, ciągnęła się osławiona buntami kraina zwana Aszeharią. Nie rosło tu zbyt wiele. Ziemia, odkąd przybył człowiek, stała się nieurodzajna i wręcz nieprzyjazna niskoenergetycznej wegetacji. Sporadycznie pojawiały się dridotolerancyjne trawy, kolczaste krzewy czy rozlane na kamieniach suche porosty. Nic przyjaznego dla oka, nic życzliwie strzelającego pąkami, nic, co przypominałoby rozzuchwaloną zieleń Ziemi.        W okresie lata Kergan poprzez planetę przetaczał się płomień dzikiego rozsadu. Szalony wiatr mieszał kurz z nasionami i rozpalonym żarem bijącym z nieba. Miotał tą mieszanką w huraganie bez początku i końca, obejmującym glob jak żarliwa gorączka. Temperatura gwałtownie rosła. Wiatr potężniał. Falami nadchodziła duchota. I wreszcie zapach stęchlizny pękających torebek nasiennych dridu tajemniczo uspokajał przyrodę. Jak gdyby tylko na to czekała. W fazie rozsadu ziarna uzyskiwały mobilność i złośliwość owadów. Szalały w poszukiwaniu wody. Mogły to być wilgotne usta, załzawione oczy, czy po prostu mokry, niechroniony odbyt. Niewielki ładunek elektryczny, który niosły, mógł pozbawić przytomności królika, zabić szczura i oszołomić człowieka. Nie trudno sobie wyobrazić, co robiła setka nasion. Pechowiec w mgnieniu oka zamieniał się w ruchome, wrzeszczące sito, na którym nasiona natychmiast rozpoczynały błyskawiczny rozrost. Po kilku godzinach formowały dziki, gotowy do podboju niot małych mobilnych roślinnych bestii. Tylko doświadczony handor potrafił wszystkie te dzikie wici zagarnąć w ogrodzenie i zmusić do zapuszczenia stabilnych korzeni. Lato Kergan stawało się, więc dla mieszkańców Hagunu czasem ukrycia. Niewolnicy kulili się w na długo przedtem przygotowanych norach, dzicy w przypadkowych dziurach, mocno owinięci w szmaty Dorho, a farmerzy z Północy w dobrze wentylowanych, podziemnych bunkrach z basenami i bieżącą wodą. Wymiar sprawiedliwości usypiał zanurzony w luksusie braku skuteczności. Wtedy ogień walk ogarniał nawet miasta u stóp gór, dokąd oporni zmianom społecznym Testimonium nomadowie schodzili po zaopatrzenie. Gdyby niewprowadzona przymusowo ogólnoplanetarna blokada mechanizmów strzeleckich, wyrżnęliby się w narkotykowej gorączce wszyscy. Konflikty nawet dotyczyły ziemi. Każdego podwórka, domu i sklepu. Jeszcze pierwsi kartografowie planety wpisali odpowiednie rubryki przydziałowe specyficznym markerom kodu genetycznego osadników. Z czasem wyparły te kody odręcznie pisane testamenty. A te ginęły, były fałszowane, a nierzadko palone. Ale ludzie uwielbiali stare papiery. Więcej, kochali krwawe mordy w imię pożółkłych tytułów własności, wytartych herbarzy i nadłamanych pieczęci. Czasem wojny dziko rozlewały się na cały kraj, poczynając od wyżyny Kachamaszar, a kończąc na wybrzeżach wstrętnie kwaśnego morza Foszam Bali, gdzie każda pożoga zamierała w trujących oparach. Tylko plantacje Północy w zagadkowy sposób unikały tego wiecznego rozdarcia i testamentowej irytacji. Zima Szonra przynosiła pokój. Hagun niestety miał krótką i ciasną orbitę wokół swego Słońca. Po czterech ziemskich miesiącach na nowo budził się wiatr, przynosząc ze sobą czas bezkarnych mordów, kiedy krew mieszała się z potem, a pot z kurzem i wreszcie błotem Jedynego deszczu. Układ planetarny oprócz czternastu ogromnych planet jowiszowych posiadał jeszcze dwa niewielkie globy skaliste. Driana i Kollepsus krążyły po dziwnych orbitach eliptycznych, jakby przyciągane kolosalną masą gigantów lub niepotrafiące się zdecydować na priorytet masy głównej. Zaledwie balansowały na krawędzi wytrącenia w kosmiczną bezdenną noc. Nic dziwnego, że panowały na nich ekstremalne warunki atmosferyczne z przewagą długich, nieprzewidywalnie ostrych zim. Niewielkie populacje osiedleńców często głodowały i skrycie marzyły o luksusach życia na Hagun.

 

 

 

 

 

“Fanaticon” – SF- historia  o kosmiczno – katastroficznej wymowie   10286878_834347416592942_3899370912538310564_o   Projekt przyszłej okładki  Natalia Maszczyszyn-O Keefe - Panie Wildman? Można prosić o kilka słów?  Jest pan głównym bohaterem Fanaticonu, prawda? - Raczej jego zażartym wrogiem. - Czy może powiedzieć nam pan coś na temat swojej roli w tej zawiłej opowieści? - Mojej roli w tym pomyleńczo skonstruowanym świecie? Wie pan coś na temat technologii behawioralnych, hę? Nie? To niech pan sięgnie po to cholerstwo i przeczyta! Dowie się pan przy okazji –  przez co musiałem przechodzić. Niech szlag trafi  Autora! Dlaczego to akurat ja musiałem wygrać casting!? - Spokojnie. Tylko pytam.

 

 

 

 

 

 

 

 

        Szklane głosy – SF- horror 2017      Zainspirowane prozą Lovercrafta – historie odkrycia największej tajemnicy kontynentu.  Historie, które tak chaotycznie opowiem, są najprawdziwsze jakie znam. To historie najgłębszych warstw ziemi tego starego kontynentu.I nie jest to geologia warstw, ale organizmów te warstwy tworzących. Jestem jeszcze przerażony. Pozwólcie mi ochłonąć. Zbiorę się do kupy . Ogarnę ten bałagan i szczęśliwie opublikuję. Jeśli nie zdążę… Wiecie gdzie mnie szukać…Pod ziemią. Prawdy jest znacznie więcej niż człowiek jest zdolny  odkryć i opowiedzieć. Mam sporo ziaren z najrzadszych piasków. Widzę w nich  historie niczym w głębiach szklanej kuli…. Gdzie? – zapytacie zapewne. To zaledwie, pięćset, osiemset i tysiąc kilometrów na północ od mojego domu, w Nowej Połidniowej Walii. Odległość zależna jest od czasu pomiaru. Jest różna też od pory dnia. Czas i przestrzeń jest przecież pojęciem względnym. Niekiedy , podczas suszy pęknięcia gruntu dochodzą aż pod moje drzwi. Wtedy słyszę szept, i straszne głosy. Opowiadają mi o przerażających warstwach i ich jeszcze okropniejszych wyziewach . I czymś jeszcze, o czym wam jeszcze nie powiem. 

Na początek kilka fotografi

Chciałem na wlasne oczy sprawdzić prawdziwość zasłyszanych po pijanemu opowieści. Z lękiem odkrywałem prawdę.  Pojechałem tam z córami sprawdzić kilka faktów.  Tysiąc kilometrów w jeden dzień. Wczoraj, to jest 30 grudnia 2043 odwiedziliśmy Finley, Leeton, Coleambally i Griffit i kilka pomniejsczych miejscowości. Rebeca Hillborrow – Dobrze wymawiam imię? - Dobrze. Co pan taki złośliwy? Widzę ten krzywy uśmiech. Nic panu nie powiem, do cholery! A miałabym o czym. Ballyrogan był moim sąsiadem przez dwadzieścia pięć lat. I słyszałam nieraz pod jego domem historie mrożące krew w żyłach. - Wchodziła pani pod dom? - A co w tym dziwnego. Jestem chuda. To dwadzieścia centymetrów, ale ziemia szczególnie po deszczu jest łatwa do rozgarnięcia rękami. - Wczołgała się pani? -Wczołguję się pod każdy dom, mój miły panie. Opowiem historie, pod warunkiem, że zostanę główną postacią pana książki… - No, nie wiem. - Aaa…Pierdol się pan… W życiu nie widziałem tak energicznej osiemdziesięciolatki.A to był dopiero pierwszy chodnik miasteczka Leeton!!!

- Panie profesorze, pozwoli pan, że zapytam? Czy jest możliwy tak zwany “drastyczny” inter-breed? Mam na myśli krzyżówki poza laboratorium? - Mówimy o specyficznym rejonie Nowej Południowej Walii? - Tak. W ogrodnictwie istnieje opcja… - Pozwoli pan, że panu przerwę. Nie będę tracił czasu. Otóż, tak. Zdecydowanie tak. Na wspomnianym obszarze występująca radiacja Obcych powoduje możliwość międzygatunkowego współżycia seksualnego, z daleko posuniętymi konsekwencjami. Otóż wiadomo, że zwierzęta w rejonach Leeton przejawiają inteligencję na ludzkim poziomie. Rodzą mieszane dzieci i nierzadko ze związków farmera z rogacizną. Znana jest poezja krów z farmy Harmblower. Jeżeli Obcy chcieli w ten sposób nas upodlić, to znakomicie im się udało.  - Widziałem psy i krowy rodzące łaciate, ludzkie dzieci. - Nie są one wcale takie ludzkie. Chodzą całe życie w pozycji na czworakach i dociągają zaledwie trzech marnych  lat. - Ale osiągają dojrzałość… - Tylko dla farmerów. Dla nich wszystko osiąga dojrzałość. Nie będę wnikał w szczegóły. Proszę. pana! Widzę zwyrodniały uśmieszek na pana twarzy. Pobędzie pan tu dłużej to pogadamy. Proszę następne pytanie! Z tym , o tutaj, już skończyłem… Poniżej Finley – miejsce, gdzie urodził się i mieszkał Speals.

Ładna dziura, bo wszystkie dziury są piękne, posiadała sklep spożywczo – przemysłowy, obuwniczy i ciucholand second hand. Dla zaspokojenia gorączki świątecznych zakupów okolicznych mężczyzn nie mogło zabraknąć tego rodzaju sklepu.

To dobre lekarstwo na zboczoną rogaciznę z okolic Alderthan. Trzeba celować dokładnie w zad.

Nic w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Oprócz nas, galopujących strusi Emu i wirów gorącego powietrza nazywanych Dust Devils. Na zdjęciu – sprawdzam samochód po najechaniu na zagadkowy przedmiot

 

Wszystkie zrobine fotografie przedstawiają miejsce tak jak wyglądało w roku 2011. Nawet ja jestem tam koło pięćdziesiątki, chociaż o istnieniu takiego wieku dawno już zapomniałem. Coś szczególnego dzieje się z czasem w tych rejonach. Te pożółkłe fotografie pochodzą z okresu Sygnału. To inna historia.

Boogsy w swej skupionej pozie.

 Pies Joffera Boogsy spowodował podobno ten wypadek na drodze do Leeton w marcu 2017 roku. Na szczęście nikt nie zginął chociaż na drodze znaleziono wielkie,krwawe biodro. Joshua Cambellfield kierowca pojazdu, udający się do Coffs Harbour na holiday uważa, że podstawił ją rzeźnik Crowfrod z Griffit . Wśród rzeźników z okolicy ciągle żyje wiara w ciemną moc gusła i czarnych kościanych zaklęć. Nikt nie domyślił się prawdy


   

 Ten obrazek winien być skwitowany wyważonym milczeniem. Jednak aż się prosi wygarnąć prawdę o zepsutej moralnie rogaciźnie z okolic Alderthan. Dość powiedzieć, że mieszaniec nie wzbudzał potępienia pośród farmerów  i często przesiadywał na stopniach kościoła na Church Street w Leeton. Jakby czart wiedział komu sprawić udrękę.


 


Góry widoczne na zdjęciu  poza jeziorem są wydrążone w środku. Jakaś tajemna moc, korzystając z uśpienia mieszkańców wysiorbała mokrą glinę i rozgryzła korzenie skał. Mało kto o tym wiedział aż do roku 2048, kiedy niedorobiony profesor Edmund Bashley wraz z kolegą odkryli potężne hale, piwniczne lochy i niekończące się schody jakby wylizane w skale w napewno nieludzki sposób. Nierzadko ta skorupa trzeszczy przy najmniejszym tektonicznym wstrząsie. Pełnia Księżyca przynosi nawet złowrogi podziemny pomruk nosiący się aż do Cobar. Na co lokalni reagują śmiechem i niestosownymi żartami.


 

Zwykła przenica z dodatkiem  zaschniętej krwi Horgonów potrafi zrobić cuda. Niech ktoś nie myśli, że to dziwadło na zdjęciu jest wyłącznie wybrykiem natury. Nie raz słyszano w parku, dokąd wygnał je właściciel arie oper bynajmniej nie skomponowanych na Ziemi.


 Burza piaskowa jest w okolicy częstym gościem. Ta jednak ma zwięzek z zupełnie innym wydarzeniem w powieściowej historii.


             

Przedziwne miejsce. Nawet kangury myślą często o samobójstwie. 

Dojeżdżamy do Jerilldirle

Wieża wodna w Parku , na którą wspinali się okoliczni mężczyźni.

To tutaj Istota odkopywała pewne interesujące ją fragmenty puzzli.

W tym zielonym sklepie siedzieli Tom i Speals. Tam rozegrała się owa pamiętna scena ze słoikami. Oczywiście zdjęcie ukazuje obraz z około 2011 roku, kiedy ział pustką i brudem.

Oto przybliżony widok z okna. Tego czerwonego budynku naprzeciw nie ma w 2023 i jest rozbudowany park.

Leeton Zadziwiające, że zawsze przy robieniu zdjęć całej ulicy słyszałem w aparacie cichy, przeciągły zgrzyt i  w tymże momencie pod stopami czułem usypujący się piasek. Sprawdzałem później kilkakrotnie płytę chodnikową i rzeczywiście dało się zauważyć niewielkie wgłębienia tam, gdzie moment temu tkwiły moje stopy. Było to, co prawda irytujące, ale za każdym razem , kiedy się powtarzało dosłownie jeżył mi się jedyny włos na  głowie. W 2043 jestem już łysy i pomarszczony jak niedoprane prześcieradło.

     Swiaty Igholatu 2014 -powieść zmitrężona. Do kitu. Autorski reject. 450 stron w plecy.