Nowa Fantastyka – artykuł własny.

Trylogia Solarna – fantastyka na retro -steampunk

Za przy­zwo­le­niem  Re­dak­cji. Za co ser­decz­nie dzię­ku­ję.

 http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/18651

 

Witam rów­nie ser­decz­nie.

 

Z por­ta­lem Nowej fan­ta­sty­ki łączy mnie bar­dzo wiele. To tutaj za­świ­ta­ła mi pierw­sza myśl – idea, aby spró­bo­wać po­wro­tu do czyn­ne­go pi­sa­nia i fan­do­mu. To tutaj od­na­la­złem no­wych wspa­nia­łych przy­ja­ciół, któ­rzy wciąż są obecni po bli­sko sze­ściu la­tach wokół mnie. Tutaj też wciąż wra­cam jak do domu.

17634723_1466395130069835_6271422605395215120_n

Nie­speł­na trzy lata temu po­sta­no­wi­łem prze­rwać pi­sa­nie opo­wia­dań. Za­uwa­ży­łem, że w krót­kiej for­mie nie po­tra­fię wy­ra­zić ca­łe­go sie­bie, że roz­pę­dzam się i trud­no mi za­mknąć akcję w prze­wi­dzia­nej formą  licz­bie zna­ków. Tylko po­wieść mogła spro­stać am­bi­cji i spiąć wy­god­ną klam­rą cały ten nowo po­wsta­ły świat. I tak oto na­pi­sa­łem i wy­da­łem w roku 2015 ” Świa­ty So­lar­ne” . I szyb­ko  tam od­kry­łem, iż moje roz­bu­cha­nie i chci­wość w speł­nia­niu wizji nie ma końca, że aby w pełni ujaw­nić wszel­kie za­ka­mar­ki, skom­pli­ko­wa­ne nici po­wią­zań i uko­rze­nie­nie idei po­trze­ba ko­lej­nych dwóch wo­lu­mi­nów o ro­sną­cych w za­stra­sza­ją­cym tem­pie ga­ba­ry­tach. Tak, po­ko­cha­łem ten świat i za­pra­gnął­bym go w kilku sło­wach Wam przy­bli­żyć. I to nie by­naj­mniej dla re­kla­my, ale ze wzglę­du dla od­czu­wa­nej mojej ser­decz­no­ści dla człon­ków tego szla­chet­ne­go gre­mium, która od po­cząt­ków na jotę się nie zmie­ni­ła, jak i fan­do­mo­wej  czy­stej mi­ło­ści do fan­ta­sty­ki, jako ta­kiej.Jest i okazja. Ostatni tom wydany w tym roku, w marcu 2017

Oto wątek przedstawiony w koniecznym skrócie…

Na try­lo­gię so­lar­ną skła­da­ją się „Świa­ty so­lar­ne”, „Świa­ty Alon­bee” oraz „Hra­bian­ka Aspe­ria”. W sumie ty­siąc pięć­set stron nie­zwy­kłej przy­go­do­wej akcji roz­gry­wa­ją­cej się na are­nie ga­lak­tycz­ne­go jądra w sys­te­mie pla­ne­tar­nym do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ją­cym nasz wła­sny. Pla­ne­ty noszą nawet te same zna­jo­me ską­d­inąd nazwy. To aku­rat można wy­tłu­ma­czyć mi­gra­cją na gi­gan­tycz­ną skalę, a nawet będąc bli­żej praw­dy po­rwa­niem na skalę po­dob­ną… Ale, że spo­tka­my te same kon­ty­nen­ty, jak to wy­ja­śnić? Trój­wy­mia­ro­wym pla­ne­tar­nym wy­dru­kiem na wprost nie­wy­obra­żal­nym po­zio­mie ko­smicz­nej in­ge­ren­cji? Coś w tym jest. Chyba wła­śnie tak. Tyle, że wszyst­kie globy są za­miesz­ka­ne przez isto­ty, któ­rych ist­nie­nie w wieku dzie­więt­na­stym uwa­ża­no za praw­do­po­dob­ne.

Pla­ne­tą, która jest ko­leb­ką ludz­ko­ści w po­wie­ści jest jed­nak Wenus. Stąd wy­ru­sza na pod­bój jej po­tę­ga. Pręż­na rasa ludz­ka ko­lo­ni­zu­je Marsa, ziem­ski Księ­życ – Lunę i wszyst­kie po­zo­sta­łe sa­te­li­ty od­mien­ne od zna­nych nam z rze­czy­wi­sto­ści – na przy­kład Ami­rio­nę – księ­życ Wenus. Nie udaje się sztu­ka tylko z Zie­mią.

Jest w tej pla­ne­cie coś dziw­ne­go, coś co spo­wo­du­je, że od pierw­szej do ostat­niej stro­ny tego cyklu zo­sta­nie­my wcią­gnię­ci w nie­koń­czą­cą się ko­smicz­ną awan­tu­rę, na­po­ty­ka­jąc ta­jem­ne moce, par­szy­wych sta­ro­mod­nych Shet­ti, pa­zer­nych i w końcu znie­na­wi­dzo­nych Alon­bee i Ho­ulo­tee. Wresz­cie do owego pan­te­onu ist­nień ga­lak­tycz­nych do­łą­czą le­gen­dar­ni Ha­do­wie i nie­mniej ta­jem­ni­czy Ista Granth.

Skąd w jed­nym miej­scu aż taka róż­no­rod­ność na­po­ty­ka­nych ras? Czyż­by­śmy mieli do czy­nie­nia z En­kla­wą, ochron­ką dla in­te­li­gen­cji w ko­smo­sie po­zna­nych , w któ­rej wszel­ki­mi środ­ka­mi rasy pa­nu­ją­ce pra­gną nie tylko utrzy­mać rów­no­wa­gę bio­lo­gicz­ną, nie tylko że ofe­ru­ją roz­wo­jo­wi wsze­la­kich form cie­plar­nia­ne wa­run­ki, ale rów­nież zaj­mu­ją się ge­ne­tycz­ną in­ży­nie­rią i uspraw­nie­nia­mi?

Czyż­by prze­strzeń ta słu­ży­ła , jako wiel­kie la­bo­ra­to­rium, gdzie z do­stęp­nych wiel­ce obie­cu­ją­cych form zwie­rzę­cych za po­mo­cą wy­so­ko wy­spe­cja­li­zo­wa­nych pro­tez pró­bo­wa­no wy­two­rzyć nowe ga­tun­ki ro­zum­ne?

Czy im się – to jest prze­klę­tym Alon­bee pro­ce­der udaje?

Ow­szem, opie­ra­ją na pseu­do hu­ma­ni­tar­nej idei nawet gi­gan­tycz­ny prze­mysł pro­te­tycz­ny, a przy oka­zji uza­leż­nia­ją klien­ta na wsze czasy od do­staw tegoż sprzę­tu. I znowu py­ta­my: czy to już wszyst­ko ? Czy jesz­cze autor coś ukry­wa dla żąd­ne­go przy­gód roz­czy­ta­ne­go klien­ta?

Ależ tak, to do­pie­ro po­czą­tek aku­rat tego wątku. Prze­cież ist­nie­je sta­ro­żyt­ność, ta pi­sa­na w mi­lio­nach lat hi­sto­rii wstecz. Har­rah Czter­na­sta im­pe­ra­tor­ka rasy Alon­bee po­sia­da na swych wło­ściach bi­blio­te­kę szka­tu­ło­wą, a w niej ba­ga­te­la – ty­sią­ce an­tycz­nych po­jem­ni­ków słu­żą­cych jako mi­nia­tu­ro­wa , prze­no­śna nisza eko­lo­gicz­na dla osob­ni­ka sa­mo­ewo­lu­ują­ce­go lub jego or­ga­nów, od któ­rych wy­ma­ga się na ży­cze­nie więk­szej funk­cjo­nal­no­ści.

Try­lo­gia po­wsta­ła na wsku­tek mo­je­go szcze­gól­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia stre­fą Dy­so­na – a wła­ści­wie po­ten­cjal­nej me­ga­struk­tu­ry tego typu, która we­dług mnie z uwagi na dy­na­mizm ukła­du jest kom­plet­nym idio­ty­zmem. Opie­ra się na skali Kar­da­sze­wa, który stwo­rzył jesz­cze w epoce ko­mu­ni­zmu teo­rią twier­dzą­cą, iż cy­wi­li­za­cje po­za­ziem­skie da się skla­sy­fi­ko­wać na bazie ich ener­ge­tycz­nej ak­tyw­no­ści. Ta naj­bar­dziej roz­wi­nię­ta z ras uty­li­zo­wa­ła­by ener­gię ca­łe­go wszech­świa­ta. Dla mnie bzdu­ra goni bzdu­rę i tak śle­dząc na­uko­we no­win­ki lat mi­nio­nych i skom­pro­mi­to­wa­nych do­cho­dzi­my do po­cząt­ków dzie­więt­na­ste­go stu­le­cia, gdzie obo­wią­zu­ją­ce teo­rie na­uko­we osią­ga­ją apo­geum na­iw­no­ści. Po­my­śla­łem, co jakby nagle nie zde­rzyć twór­ców tych po­le­mi­zu­ją­cych ze sobą po­glą­dów i nie stwo­rzyć wszech­świa­ta al­ter­na­tyw­ne­go? Dzię­ki od­po­wied­nim ma­ni­pu­la­cjom mógł­bym wpleść wła­sne po­glą­dy na te­ma­ty mnie in­te­re­su­ją­ce?

A mia­no­wi­cie po­ru­szyć spra­wę za­sa­dy an­tro­picz­nej, która nie­zmien­nie mnie fa­scy­nu­je i re­la­ty­wi­zmu Ein­ste­ina, dla któ­re­go dał­bym się po­ćwiar­to­wać – w Ver­now­skiej for­mie po­wie­ści uty­li­zu­ją­cej zdo­by­cze nauki i opar­tej na kan­wie przy­go­dy?

Szyb­ko do­sze­dłem do wnio­sku, że nie da się zbu­do­wać ta­kie­go świa­ta bez wmon­to­wa­nia weń mocy nad­przy­ro­dzo­nej – na przy­kład ste­ro­wa­nej przez rasy uprzy­wi­le­jo­wa­ne – ma­gicz­nej wręcz, bo świa­do­mej mocy wtór­nej za­sa­dy an­tro­picz­nej – wzmac­nia­ją­cej pierw­szą do gra­nic nie­przy­zwo­ito­ści. By­ły­by to prawa na­tu­ry w wer­sji kon­tro­lo­wa­nej – eks­tre­mal­nie przy­chyl­nej życiu bio­lo­gicz­ne­mu .

Stąd obec­ność bó­stwa kon­tro­lu­ją­ce­go ukła­dy sło­necz­ne En­kla­wy. Na­zwa­ne by­ta­mi ekos­fe­rycz­ny­mi są owe na poły me­cha­nicz­ne isto­ty wy­dol­ne usank­cjo­no­wać ist­nie­nie praw przy­ro­dy od­bie­ga­ją­cych od ogól­nie przy­ję­tej lo­gicz­nej normy. W myśl od­wró­co­nej – zi­ro­ni­zo­wa­nej do szczę­tu mark­si­stow­skiej za­sa­dy “Świa­do­mość kształ­tu­je byt”.

Nie będę się roz­drab­niał ponad szcze­gó­ła­mi. Wszyst­ko jest bo­wiem do od­kry­cia przez uważ­ne­go czy­tel­ni­ka. Ruszę zatem do me­ri­tum.

Pu­en­tą ca­ło­ści jest od­kry­cie, że oto cały wszech­świat jest En­kla­wą kon­tro­lo­wa­ną przez po­dob­ne­go typu Byt Ekos­fe­rycz­ny – nie­ustan­ny stru­mień re­ali­zmu fi­zycz­ne­go, w co no­ta­be­ne pod­świa­do­mie lub świa­do­mie wie­rzy więk­szość miesz­kań­ców Ziemi. Uciecz­ka jak widać w ra­cjo­nal­ne ramy nauki na nic nie zdała.

Ga­lo­pu­ją­cą akcja jest przy­kryw­ką dla roz­wa­żań mniej lub bar­dziej cie­ka­wych, ale nie da­ją­cych się za­mknąć klam­rą po­je­dyn­czej po­wie­ści.

Jak się to wszyst­ko koń­czy? Gdzie jest kres tej sza­lo­nej or­ga­nicz­nej za­ba­wy w de­miur­ga?

A na do­tar­cie do szcze­gó­łów za­pra­szam do książ­ki, cyt!!! – do ksią­żek już teraz trzech w wy­da­niu pa­pie­ro­wym – w naj­lep­szym wy­daw­nic­twie fan­ta­stycz­nej li­te­ra­tu­ry pod praw­dzi­wym ziem­skim Słoń­cem – So­la­ris!

https://solarisnet.pl/…/plu­gin/Wce­So­la­ri­snet-Se­arch/act/main

 

 

18623454_1539574956085185_4357679984290703932_o

Jak zo­sta­ły te prace ode­bra­ne? Po­słu­żę się dwoma re­cen­zja­mi i po­ni­żej wy­tłu­ma­czę dla­cze­go aku­rat tymi.

 

Fah­ren­he­it sprzed kilku dni:

WY­OBRAŹ­NIA PONAD WSZYST­KO

Łą­cze­nie ga­tun­ków to za­bieg ry­zy­kow­ny, ale dość czę­sto sto­so­wa­ny. Jeśli cho­dzi o sze­ro­ko po­ję­tą fan­ta­sty­kę, to naj­ła­twiej „oże­nić” ją z ro­man­sem, kry­mi­na­łem, hi­sto­rią przy­go­do­wą albo we­ster­nem. Rzecz za­sa­dza się na wy­my­śle­niu cie­ka­wej fa­bu­ły, no i żeby jesz­cze fan­ta­sty­ka (obo­jęt­nie, fan­ta­sy czy SF) nie była w niej tylko nic nie­zna­czą­cym tłem. Takim przy­kła­dem fan­ta­sty­ki źle po­łą­czo­nej z hi­sto­rią awan­tur­ni­czą i odro­bi­ną we­ster­nu jest try­lo­gia Mike’a Re­snic­ka o Wy­rocz­ni. Sche­mat „jedna pla­ne­ta, jedno mia­sto, jedna knaj­pa” pa­su­je do opo­wie­ści o oso­bie ob­da­rzo­nej umie­jęt­no­ścią ta­so­wa­nia świa­tów al­ter­na­tyw­nych jak… no cóż, wcale nie pa­su­je. Niby tak do­świad­czo­ny autor jak Re­snick po­wi­nien zda­wać sobie z tego spra­wę, jed­nak wy­glą­da na to, że spra­wy nie prze­my­ślał ani grun­tow­nie, ani wcale.

Nie do po­my­śle­nia wy­da­je się po­łą­cze­nie ste­am­pun­ku ze space operą. Kon­cep­cje te wy­klu­cza­ją się wza­jem­nie… chyba że do głosu doj­dzie wy­obraź­nia. Od­po­wied­nio duża i bo­ga­ta wy­obraź­nia, jaką w swo­jej try­lo­gii so­lar­nej za­pre­zen­to­wał Jan Masz­czy­szyn. Na cykl ten skła­da­ją się tomy „Świa­ty so­lar­ne”, „Świa­ty Alon­bee” oraz „Hra­bian­ka Aspe­ria”. Autor do­ko­nał rze­czy prak­tycz­nie nie­moż­li­wej: wy­słał w ko­smos stat­ki na parę. A wła­ści­wie nie­zu­peł­nie na parę. Aby nie spo­ile­ro­wać i nie za­głę­biać się w zbęd­ne szcze­gó­ły, po­roz­ma­wiaj­my o wy­obraź­ni.

Aby li­te­rac­ka kon­cep­cja sta­no­wi­ła har­mo­nij­ną ca­łość, każdy ele­ment dzie­ła po­wi­nien pa­so­wać do wszyst­kich in­nych. Aby „oże­nić” ste­am­punk i space operę, Jan Masz­czy­szyn stwo­rzył nowy wszech­świat. Cały, od pod­staw, z no­wy­mi pra­wa­mi fi­zy­ki, pod­sta­wa­mi bio­lo­gii, tech­no­lo­gią i struk­tu­rą spo­łecz­ną. Ta ostat­nia, jak na ste­am­punk przy­sta­ło, jest po­chod­ną epoki wik­to­riań­skiej z całym jej szta­fa­żem: szlach­tą i jej po­win­no­ścia­mi, fra­ka­mi, cy­lin­dra­mi, da­ma­mi w opre­sji i nie­mą­dry­mi Mu­rzy­na­mi. Tyle że po­win­no­ści szla­chec­kie roz­po­ście­ra­ją się na nieco innym ob­sza­rze niż w na­szej hi­sto­rii, dama w opre­sji dys­po­nu­je cał­kiem nie­zwy­kły­mi moż­li­wo­ścia­mi obro­ny. Jeśli zaś cho­dzi o Mu­rzy­nów, to przy­czy­na ich uwstecz­nie­nia w roz­wo­ju może nas za­sko­czyć, a nie­któ­rych moż­li­wo­ści umy­sło­wych rasa biała po­win­na im za­zdro­ścić. W ta­kiej oto sce­ne­rii bo­ha­te­ro­wie do­świad­cza­ją ko­smicz­nej in­wa­zji na Zie­mię, wal­czą z Ob­cy­mi, po­dró­żu­ją w ko­smo­sie, pod­da­ją się (ge­ne­tycz­nym? na­no­tech­no­lo­gicz­nym?) udo­sko­na­le­niom swo­ich ciał. Oraz ko­cha­ją, nie­na­wi­dzą, pła­czą i roz­mna­ża­ją się. Na to ostat­nie wy­na­leź­li zresz­tą bar­dzo cie­ka­wy i ab­so­lut­nie nie­kło­po­tli­wy spo­sób, w kon­tek­ście któ­re­go słowo „wia­tro­pyl­ność” na­bie­ra cał­kiem no­we­go zna­cze­nia.

Kiedy do­tar­łam do po­ło­wy pierw­sze­go tomu, w gło­wie wy­kry­sta­li­zo­wa­ła mi się pewna myśl. Uświa­do­mi­łam sobie mia­no­wi­cie, że jak do tej pory praw­dzi­wy­mi bo­ha­te­ra­mi po­wie­ści nie są Ash­ley Brown­ho­le, Cy­do­nia Horn­by, Otto Shank­bell i ich kom­pa­nia. Praw­dzi­wym bo­ha­te­rem jest świat stwo­rzo­ny przez Masz­czy­szy­na – z te­le­por­ta­cją, Bla­skiem, By­ta­mi Ekos­fe­rycz­ny­mi, spe­cy­ficz­nym na­pę­dem ko­smicz­nym i ty­sią­ca­mi drob­nych, po­my­sło­wych szcze­gó­łów, które po­wsta­ły w wy­obraź­ni au­to­ra.

Rzad­ko mi się zda­rza, że od­wra­cam ko­lej­ne kart­ki nie w po­go­ni za akcją, tylko za tym, czym jesz­cze pi­sarz mnie za­sko­czy. Do końca, do ostat­niej stro­ny „Hra­bian­ki Aspe­rii”, wstrzy­my­wa­łam od­dech. Od pew­ne­go mo­men­tu fa­bu­ła i pe­ry­pe­tie bo­ha­te­rów ze­szły mi na drugi plan, na­to­miast tę­skie wy­glą­da­łam ko­lej­nych udziw­nień i nie­stan­dar­do­wych roz­wią­zań, jakie za­pro­po­nu­je mi Masz­czy­szyn. Naj­pierw za­sta­na­wia­łam się, czy to do­brze, czy źle, gdy świat przed­sta­wio­ny za­czy­na do­mi­no­wać nad fa­bu­łą, potem jed­nak po­rzu­ci­łam te roz­ter­ki. Try­lo­gia wcią­gnę­ła mnie z bu­ta­mi i nie będę ana­li­zo­wać, co było tego przy­czy­ną.

Opo­wieść po­zo­sta­nie w mojej pa­mię­ci na długo. Może nie dla jej akcji ani po­wi­kła­nych losów Ash­leya i jego córki, ale z po­wo­du ory­gi­nal­no­ści kon­cep­cji. Utrzy­ma­na jest w pew­nym spój­nym sche­ma­cie, ni to w po­ety­ce snu, ni to nar­ko­tycz­nej wizji. Jest do­wo­dem na to, że moż­li­we są wszel­kie po­łą­cze­nia mię­dzy­ga­tun­ko­we; czy będą one jed­no­li­te i atrak­cyj­ne dla czy­tel­ni­ka, za­le­ży tylko od au­to­ra. A jeśli o to cho­dzi – Jan Masz­czy­szyn zro­bił na­praw­dę świet­ną ro­bo­tę.

Ho­no­ra­ta Ryb­kie­wicz

Tytuł: „Świa­ty so­lar­ne”, „Świa­ty Alon­bee”, „Hra­bian­ka Aspe­ria”

Autor: Jan Masz­czy­szyn

Wy­daw­ca: So­la­ris 2015, 2016, 2017

Stron: 398, 499, 664

Cena: ‎35,99 zł, 35,99 zł, 37,90 zł

 

 

Za­sta­na­wia­łem się czę­sto skąd bie­rze się w moim pi­sa­niu motyw bi­zar­rycz­ny: nie­re­al­ny, nie­spo­dzie­wa­ny, bo wy­ni­kły wręcz wbrew świa­do­mej woli twist, cią­głe upodo­ba­nie do dziw­no­ści i wy­krę­ca­nia rze­czy­wi­sto­ści na wszel­kie moż­li­we spo­so­by? Do­sze­dłem do wnio­sku, iż oto sięga ów “błąd per­cep­cji” ko­rze­nia­mi do lat naj­wcze­śniej­szych, kiedy trwa­ła fan­ta­stycz­na po­su­cha i wraz z przy­ja­cie­lem się­gnę­li­śmy do am­bit­nej li­te­ra­tu­ry grozy wy­da­wa­nej w serii wy­daw­nic­twa li­te­rac­kie­go. Za­chwy­tów nie było końca. Te de­li­kat­no­ści i swo­bo­da pro­wa­dze­nia czy­tel­ni­czej emo­cji przez wspo­mnia­nych au­to­rów była wręcz ge­nial­na. Mowa tu o li­te­ra­tu­rze ibe­ro­ame­ry­kań­skiej – Ar­gen­tyń­czy­cy; tacy jak Bor­ges, Cor­ta­zar, Ca­sa­res i jesz­cze Ma­rqu­ez byli świet­ny­mi na­uczy­cie­la­mi bu­dze­nia wy­obraź­ni w na­szym mło­dym wieku i stali się ani­ma­to­ra­mi prze­sta­wia­nia jej na nie­sa­mo­wi­te tory.  Czym jest ta li­te­ra­tu­ra ibe­ro­ame­ry­kań­ska? Otóż ko­ja­rzy się czę­sto z re­ali­zmem ma­gicz­nym, ale jest ona bar­dzo zróż­ni­co­wa­na i dy­na­micz­na. W la­tach 60. i 70. pa­no­wał w Pol­sce swo­isty boom na li­te­ra­tu­rę la­ty­no­ame­ry­kań­ską, m.in. dzię­ki tłu­macz­ce Zofii Chą­dzyń­skiej. I ja w tym bo­omie uczest­ni­czy­łem jesz­cze jako dzie­ciak. Nic nie od­ma­lu­je, nie podda głęb­szej eks­pre­sji ga­tun­ko­wej zwy­rod­nia­ło­ści Ob­cych, jak dzi­wacz­na bi­zar­rycz­na toż­sa­mość rodem z weird Fic­tion. Muszą być oni dla nas ode­rwa­ni od na­szej rze­czy­wi­sto­ści ni­czym naj­okrop­niej­si psy­cho­pa­ci, bo w niej nie funk­cjo­nu­ją. Stąd obec­na jest ta nuta i prze­sy­ca ku mej ra­do­ści całą try­lo­gię.

 

 

I jesz­cze jedna re­cen­zja, tym razem z Ka­te­dry.

 

14117902_1388075301220148_1423090660637556139_n

Wy­daw­ca tej po­wie­ści na jej tyl­nej okład­ce okre­ślił „Świa­ty So­lar­ne” pierw­szą pol­ską po­wie­ścią ste­am­pun­ko­wą. Bez­ce­lo­wym jest kłó­cić się o to, czy wy­daw­ca miał rację. Sądzę, że nie. Jed­nak można to zda­nie od­czy­tać nie tak do­słow­nie. Po­nie­waż „Świa­ty So­lar­ne” wy­da­ją mi się pierw­szą pol­ską po­wie­ścią ste­am­pun­ko­wą na taką skalę. Nie wiem, czy mógł­bym wska­zać inną pol­ską po­wieść w tym ga­tun­ku, o po­dob­nie to­tal­nej kre­acji ga­tun­ko­wej (poza ję­zy­kiem) ze „Świa­ta­mi So­lar­ny­mi”.

We­dług de­fi­ni­cji, którą można zna­leźć w Wi­ki­pe­dii, ste­am­punk to „nurt sty­li­stycz­ny w kul­tu­rze”, w któ­rym w „prze­ci­wień­stwie do cy­ber­pun­ku, tech­ni­ka ota­cza­ją­ca bo­ha­te­rów nie jest opar­ta na elek­tro­ni­ce, lecz na me­cha­ni­ce (np. od­po­wied­ni­kiem kom­pu­te­ra jest ma­szy­na róż­ni­co­wa). Cha­rak­te­ry­stycz­ne dla ste­am­pun­ku za­in­te­re­so­wa­nie roz­wo­jem tech­ni­ki czę­sto pro­wa­dzi do kre­owa­nia wy­na­laz­ków nie­zna­nych w na­szej hi­sto­rii (…). Akcja utwo­rów ste­am­pun­ko­wych prze­waż­nie roz­gry­wa się w epoce wik­to­riań­skiej – erze re­wo­lu­cji tech­nicz­nej, wieku pary (stąd nazwa ga­tun­ku: steam, ang. – para). Ste­am­punk na­wią­zu­je do twór­czo­ści ojców fan­ta­sty­ki: Ju­liu­sza Verne’a, Her­ber­ta Geo­r­ge’a Wel­l­sa czy Marka Twa­ina”. De­fi­ni­cja ta, jak rzad­ko kiedy, w przy­pad­ku „Świa­tów So­lar­nych” jest traf­na, ale jej pro­ste od­nie­sie­nie do po­wie­ści jest jed­no­cze­śnie bar­dzo ułom­ne. Nie da się bo­wiem tej książ­ki tak po pro­stu skla­sy­fi­ko­wać jako ste­am­pun­ku per se. Autor nie daje szan­sy czy­tel­ni­ko­wi na to, aby mógł spo­koj­nie za­siąść w fo­te­lu, cie­sząc się lek­tu­rą po­wie­ści ga­tun­ko­wej, któ­rej kon­wen­cja po­sia­da ja­kieś ogra­ni­cze­nia i jest prze­wi­dy­wal­na. Jan Masz­czy­szyn udo­wod­nił, że jest w sta­nie skon­stru­ować fa­bu­łę i osa­dzić ją w ste­am­pun­ko­wej sce­no­gra­fii, ofe­ru­jąc znacz­nie wię­cej niż ga­tun­ko­wą „parę”.

W fa­bu­le nie ma wik­to­riań­skiej epoki, ani nawet neo­wik­to­riań­skiej. To zna­czy jest, ale jej nie ma. I bied­ny re­cen­zent może tak dalej i długo za­prze­czać sa­me­mu sobie. Re­wo­lu­cja tech­nicz­na? Jest tak da­le­ko po­su­nię­ta, że fa­bu­ła roz­gry­wa się przez znacz­ny czas w ko­smo­sie. Chce­cie bitwę ko­smicz­ną „ma­szyn pa­ro­wych”? Żaden pro­blem. Znaj­dzie­cie w tej po­wie­ści ste­am­pun­ko­wą space operę. Do­sta­tecz­nie dziw­nie? Nie sądzę. Bo to do­pie­ro po­czą­tek. Po­wieść przy­go­do­wa? Dla­cze­go nie? Kto au­to­ro­wi za­bro­ni? Tylko jego wy­obraź­nia. Po­wieść o Kon­tak­cie? O czło­wie­czeń­stwie (na­wia­sem pi­sząc, ludz­kość to nie­zbyt cie­ka­wy ga­tu­nek, a sama Zie­mia to cy­wi­li­za­cyj­ne pe­ry­fe­ria)? Ste­am­pun­ko­wa scien­ce fic­tion? Ste­am­punk fan­ta­sy? New Weird Ste­am­punk? Coś na pewno po­mi­ną­łem. Rację ma bo­wiem autor przed­mo­wy, który stwier­dził, że tej po­wie­ści i au­to­ra nie da się pro­sto skla­sy­fi­ko­wać. Choć ste­am­punk jest tu jakąś bazą, kon­wen­cyj­nym punk­tem wyj­ścia, szkie­le­tem całej nar­ra­cji.

Z takim… po­mie­sza­niem wiąże się jedno, naj­więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo. Ry­zy­ko prze­sy­tu i wiel­kie­go li­te­rac­kie­go za­kal­ca. Jed­nak w trak­cie lek­tu­ry ani razu nie po­czu­łem znu­że­nia fa­bu­łą, ani – tym bar­dziej – fe­erią po­my­słów. Tych au­to­ro­wi nie bra­ku­je, ale nie wiąże się to z prze­le­wa­niem wszyst­kie­go, co przy­szło do głowy, na karty po­wie­ści. Fa­bu­łę ce­chu­je bo­wiem zdy­scy­pli­no­wa­nie i widać, że autor wszyst­ko do­brze prze­my­ślał i po­ukła­dał. Nie ma tu żad­nej nie­kon­tro­lo­wa­nej jazdy bez trzy­man­ki, fa­bu­ła jest li­nio­wa. Nar­ra­cja unika udziw­nień – ob­cho­dzi się bez sty­li­stycz­nych po­pi­sów czy za­ba­wy z formą. To nie­mal tra­dy­cyj­na dzie­więt­na­sto­wiecz­na po­wieść. Przy­wo­ła­nie wcze­śniej de­fi­ni­cji ste­am­pun­ku miało swoje uza­sad­nie­nie także z tego po­wo­du, że „Świa­ty So­lar­ne” czyta się jak „ulep­szo­ną” po­wieść Ju­liu­sza Verne’a. W „Świa­tach So­lar­nych” Jan Masz­czy­szyn nie wy­my­ślił ste­am­pun­ku na nowo. On go na­sy­cił tre­ścią w spo­sób w twór­czo­ści in­nych pol­skich au­to­rów dotąd nie­spo­ty­ka­ny naj­ni­żej pod­pi­sa­ne­mu. W za­sa­dzie stresz­cza­nie fa­bu­ły nie ma sensu, choć nie jest ona ani nad­mier­nie skom­pli­ko­wa­na, ani udziw­nio­na w post­mo­der­ni­stycz­ny czy inny mam­bo-dżam­bo li­te­rac­ki spo­sób. Jak wspo­mnia­łem – pod tym wzglę­dem to forma tra­dy­cyj­nej po­wie­ści. Ale nie po­su­nę się do jej stresz­cza­nia i będę tak ostroż­ny, jak wy­daw­ca i autor przed­mo­wy. Nie ma sensu psuć przy­jem­no­ści.

Po­wieść nie na­le­ży do ob­szer­nych. Lek­tu­ra trzy­stu dzie­więć­dzie­się­ciu ośmiu stron mija nad­zwy­czaj szyb­ko. Nawet po­mi­mo tego na­sy­ce­nia po­my­sła­mi i zna­ko­mi­tą sce­no­gra­fią (mię­dzy)ga­tun­ko­wą i jej (ich) re­kwi­zy­ta­mi nie czuć znu­że­nia, ani czy­tel­ni­cze­go przy­tło­cze­nia. Jed­ne­go można być pew­nym. Gdyby Jan Masz­czy­szyn był pi­sa­rzem an­glo­sa­skim (albo wy­da­wał na rynku an­glo­sa­skim), to „Świa­ty So­lar­ne” na pewno nie by­ły­by sa­mo­dziel­ną po­wie­ścią, tylko czę­ścią pierw­szą ja­kie­goś cyklu. Żal by­ło­by po pro­stu „zmar­no­wać” taką cie­ka­wą, bo­ga­tą i kom­plet­ną kre­ację na jedną po­wieść. Warto prze­ko­nać się o tym sa­me­mu i dać książ­ce szan­sę. I nie za­po­mi­nać o niej przy oka­zji ko­lej­nych ple­bi­scy­tów na naj­lep­szą pol­ską po­wieść 2015 r.

 

Autor: Roman Ochoc­ki

14102212_1388076581220020_6263370227319168473_n

Swia­ty Alon­bee

W dru­giej czę­ści try­lo­gii Jana Masz­czy­szy­na ak­tu­al­ne po­zo­sta­ją za­chwy­ty naj­ni­żej pod­pi­sa­ne­go do­ty­czą­ce „Świa­tów So­lar­nych”. Nie­ste­ty, dodać do nich na­le­ży stwier­dze­nie, że autor wciąż po­zo­sta­je nie­do­ce­nio­ny na pol­skim rynku. A bez wąt­pie­nia „Try­lo­gię So­lar­ną” uznać na­le­ży za serię za­słu­gu­ją­cą na uwagę. Rów­nać się z nią mogły ostat­nio co naj­wy­żej „Nie­biań­skie pa­stwi­ska” Pawła Majki.

W tej czę­ści autor kon­ty­nu­uje dziką „jazdę” w ko­smo­sie. Znik­nął już ele­ment za­sko­cze­nia, któ­rym była kre­acja z czę­ści pierw­szej. W za­sa­dzie nie ma tu więk­szych nie­spo­dzia­nek, jeśli cho­dzi o śmia­łość wizji au­to­ra. Ale pro­szę tego nie uzna­wać za za­rzut. Jan Masz­czy­szyn kon­ty­nu­uje po pro­stu roz­po­czę­te dzie­ło, które nie wy­ma­ga do­da­wa­nia no­wych ele­men­tów (zwłasz­cza że to druga część try­lo­gii i trze­ba sku­pić się na in­try­dze). Wy­star­czy eks­plo­ro­wać, roz­wi­jać „stare”. I w tym pi­sarz jest kon­se­kwent­ny. „Świa­ty Alon­bee” na­le­ży uznać za po­wieść lep­szą od „Świa­tów So­lar­nych” mię­dzy in­ny­mi dla­te­go, że czy­tel­nik ma szan­sę prze­ko­nać się, że autor pa­nu­je nad kre­acją. Nie przy­gnia­ta nią czy­tel­ni­ka, ani nie nudzi, choć fa­bu­ła w dal­szym ciągu jest li­nio­wa i nie wy­da­je się spe­cjal­nie skom­pli­ko­wa­na. To jed­nak nie do­skwie­ra; wła­śnie dzię­ki bo­gac­twu świa­ta przed­sta­wio­ne­go.

Głów­ny­mi bo­ha­te­ra­mi po­wie­ści są sir Ash­ley Brown­ho­le, baron Van­hal­ger i Aspe­ria, córka sir Ash­leya. Nie zdra­dza­jąc zbyt wiele fa­bu­ły, na­pi­sać na­le­ży, że naj­waż­niej­szą po­sta­cią w tej po­wie­ści jest wła­śnie ona. Po­zo­sta­li bo­ha­te­ro­wie po­zo­sta­ją na pierw­szym pla­nie z ko­niecz­no­ści. Aspe­ria musi nie­ja­ko „doj­rzeć”, roz­wi­nąć się, zro­zu­mieć wła­sną na­tu­rę. Wy­da­wa­ło­by się, że trąci to nieco li­te­ra­tu­rą dla mło­dzie­ży, ale Aspe­ria mimo swo­je­go prze­zna­cze­nia jest ze­pchnię­ta nieco w cień. Zaś czy­tel­ni­ka po­chła­nia­ją przede wszyst­kim przy­go­dy wyżej wy­mie­nio­nych gen­tle­ma­nów, choć z bie­giem fa­bu­ły to może ulec zmia­nie. O czym świad­czy fakt, że ostat­nia część try­lo­gii nosić bę­dzie tytuł „Hra­bian­ka Aspe­ria”.

Autor pro­wa­dzi bo­ha­te­rów przez ko­lej­ne pla­ne­ty czy świa­ty, w któ­rych Lu­dzie to rasa dosyć po­śled­nia (co nie zmie­ni­ło się od czę­ści pierw­szej). Akcja toczy się dosyć szyb­ko, jest bo­ga­ta i przy­po­mi­na przy­go­dę rodem z awan­tur­ni­czych po­wie­ści XIX-wiecz­nych lub po­cząt­ku XX wieku, tyle że prze­nie­sio­ną w ko­smos – wszyst­ko z „turbo do­ła­do­wa­niem” (albo ści­ślej: z „turbo parą”). Nie będę prze­są­dzał, czy autor rze­czy­wi­ście na­wią­zu­je do tego typu li­te­ra­tu­ry, ale sko­ja­rze­nie jest mocne. I gdyby po­grze­bać w hi­sto­rii, pew­nie uda­ło­by się zna­leźć na­wią­za­nia do twór­czo­ści choć­by E.R. Bur­ro­ugh­sa. O wspo­mi­na­nym przy oka­zji re­cen­zo­wa­nia po­przed­niej czę­ści Ju­liu­szu Ver­nie nie wspo­mi­na­jąc.

Do­ce­nić na­le­ży w dal­szym ciągu fakt, że bo­ha­te­ro­wie są wia­ry­god­ni jako przed­sta­wi­cie­le epoki. W po­wie­ści mimo tego, że roz­wój tech­ni­ki pa­ro­wej pchnął świat na nowe tory i w ko­smos, nie zmie­ni­ła się oby­cza­jo­wość. Głów­ni bo­ha­te­ro­wie jako sza­cow­ni gen­tle­ma­ni, człon­ko­wie ary­sto­kra­cji, in­ny­mi słowy: ty­po­wi przed­sta­wi­cie­le high so­cie­ty rodem z XIX wieku, w dal­szym ciągu za­cho­wu­ją się jakby żyw­cem wy­szli z kart po­wie­ści wik­to­riań­skiej, czy wprost z sza­cow­ne­go lon­dyń­skie­go klubu. Prze­siąk­nię­ci dymem cygar, wzmoc­nie­ni sher­ry, ste­reo­ty­po­wo an­giel­scy we wła­snej wy­nio­słej, zbla­zo­wa­nej fleg­ma­tycz­no­ści. A także ra­si­stow­scy – tacy byli także w czę­ści pierw­szej. Ale u Masz­czy­szy­na ra­sizm bo­ha­te­rów nie jest tak samo wul­gar­ny, pry­mi­tyw­ny, jak na na­szych uli­cach. U bo­ha­te­rów to efekt wy­cho­wa­nia, wy­kształ­ce­nia, wręcz cecha epoki, która mimo po­stę­pu tech­no­lo­gicz­ne­go w war­stwie spo­łecz­nej po­zo­sta­ła nie­zmie­nio­na. Nie ma nic wspól­ne­go z upo­ka­rza­niem, tylko jest skła­do­wą czę­ścią po­rząd­ku spo­łecz­ne­go. Jest to cie­ka­wa, choć nie do­mi­nu­ją­ca cecha ich cha­rak­te­rów.

W dal­szym ciągu można wąt­pić, czy opi­sy­wa­ny cykl może być okre­śla­ny mia­nem ste­am­pun­ka. Jak wspo­mi­na­łem w re­cen­zji „Świa­tów So­lar­nych”, autor nie ogra­ni­czał się spe­cjal­nie do ram ga­tun­ku. Od­no­sząc się do ele­men­tów ste­am­pun­ku, dodać na­le­ży, iż autor zadał sobie trud bu­do­wa­nia na­uko­wych pod­staw tego al­ter­na­tyw­ne­go wszech­świa­ta (po­le­cam np. frag­ment na stro­nie 419; cy­to­wa­nie go za­ję­ło­by zbyt wiele miej­sca w re­cen­zji). Robi to dobre wra­że­nie i nie­któ­re zja­wi­ska mo­men­ta­mi są in­te­re­su­ją­co (i ob­ra­zo­wo) wy­ja­śnio­ne.

„Świa­ty Alon­bee”, tak samo jak „Świa­ty So­lar­ne”, to po­wieść, którą warto po­le­cić. Nawet tym czy­tel­ni­kom, któ­rzy nie prze­pa­da­ją za ste­am­pun­kiem. Naj­ni­żej pod­pi­sa­ny z pew­no­ścią mi­ło­śni­kiem tego ro­dza­ju fan­ta­sty­ki nie jest. Mimo to dla po­wie­ści Jana Masz­czy­szy­na zde­cy­do­wa­nie opła­ca się zro­bić wy­ją­tek.

 

14039913_1388080181219660_1574268621820386696_n

 

 

 

Masz­czy­szyn, Jan – “Hra­bian­ka Aspe­ria”

„Try­lo­gia So­lar­na” Jana Masz­czy­szy­na to uni­ka­to­we dzie­ło w pol­skiej fan­ta­sty­ce. Kto wie, czy i na za­gra­nicz­nych ryn­kach nie by­ła­by to seria ory­gi­nal­na i wy­róż­nia­ją­ca się. Ste­am­pun­ko­wa przy­na­leż­ność tych po­wie­ści to dla mnie tylko ety­kie­ta, która po­zo­sta­je naj­traf­niej­sza, ale nie od­da­je pełni ga­tun­ko­wej „mocy” tej try­lo­gii. Dla naj­ni­żej pod­pi­sa­ne­go to ga­tun­ko­wa mie­szan­ka, którą spaja kon­wen­cja ste­am­pun­ko­wa. Czy ra­czej prze­sy­ca. Gdyby ktoś okre­ślił te po­wie­ści ste­am­pun­ko­wą scien­ce fic­tion czy ste­am­pun­ko­wą space operą (space ope­ro­wym ste­am­pun­kiem), to i tak bę­dzie to za mało. Bo trze­ba zmie­ścić w tym na­uko­wo-przy­go­do­wą kon­wen­cję rodem z po­wie­ści Ju­liu­sza Verne’a, dodać wik­to­riań­ską oby­cza­jo­wość (wśród przed­sta­wi­cie­li „dziw­nych” ob­cych ko­smicz­nych ras, dla któ­rych czło­wiek to dzi­kus), pełną sztyw­nych kla­so­wych po­dzia­łów, spe­cy­ficz­ne­go ra­si­zmu kul­tu­ro­we­go (czy ga­tun­ko­we­go) i do­bre­go sa­mo­po­czu­cia XIX-wiecz­nych an­giel­skich gen­tle­ma­nów.

„Hra­bian­ka Aspe­ria” pod tymi wszyst­ki­mi wzglę­da­mi nie od­sta­je od po­przed­nich czę­ści. Acz­kol­wiek spo­dzie­wa­łem się, że ty­tu­ło­wa bo­ha­ter­ka wy­su­nie się na plan pierw­szy. Jed­nak tak się nie stało. Choć trud­no to uwa­żać za wadę. Na pierw­szym pla­nie po­zo­sta­ją ci sami bo­ha­te­ro­wie, do któ­rych czy­tel­nik mu­siał przy­wyk­nąć w po­przed­nich po­wie­ściach (nie zdra­dzę, czemu „mu­siał”). A może nawet ich po­lu­bić. Fa­bu­ła jest tak ob­szer­na i skom­pli­ko­wa­na (choć po­zor­nie wy­da­je się pro­sta, z po­wo­du spe­cy­ficz­nej jed­no­to­ro­wo­ści), że próby stresz­cza­nia jej mo­gły­by tylko ze­psuć przy­jem­ność. Dość na­pi­sać, że to, co za­warł wy­daw­ca w opi­sie na okład­ce po­wie­ści, to też – i na szczę­ście – tylko jej zarys. Naj­ni­żej pod­pi­sa­ny za­sta­na­wiał się, skąd się bie­rze u au­to­ra taka wy­obraź­nia. Z pew­no­ścią jest ona wzmoc­nio­na do­sko­na­łą zna­jo­mo­ścią ga­tun­ko­wych kon­wen­cji oraz anar­chicz­nym po­dej­ściem au­to­ra, który zdaje się nie zwa­żać na żadne ga­tun­ko­we gra­ni­ce. To bar­dzo ry­zy­kow­ne, po­nie­waż łatwo przy takim „roz­pa­sa­niu” o po­raż­kę. Uwa­żam jed­nak, że Jan Masz­czy­szyn kon­se­kwent­nie, do końca zre­ali­zo­wał plan.

Za­sta­na­wia­jąc się nad tym, dla­cze­go try­lo­gia au­to­ra nie zo­sta­ła przy­ję­ta z en­tu­zja­zmem wśród pol­skich czy­tel­ni­ków fan­ta­sty­ki, naj­ni­żej pod­pi­sa­ny zi­gno­ro­wał pewną oczy­wi­stość. Te po­wie­ści, z całym ich an­tu­ra­żem ga­tun­ko­wym, fa­bu­lar­nym, sty­li­stycz­nym – nie są „pro­duk­ta­mi” stric­te roz­ryw­ko­wy­mi. To nie jest li­te­ra­tu­ra skro­jo­na pod ma­so­we gusty, do ła­twe­go, szyb­kie­go „łyk­nię­cia”. Ow­szem, sporo się w niej dzie­je, akcja pędzi wraz z bo­ha­te­ra­mi. Ale jed­no­cze­śnie autor nie gubi w ogóle ele­men­tu wy­kre­owa­nej nauki, który spra­wia, że mimo całej „dziw­no­ści” (może lep­szą ety­kie­tą byłby Ste­am­pun­ko­wy Brand New Weird?), po­wie­ści te są po pro­stu bar­dzo her­me­tycz­ne.

Czy­ta­łem „Hra­bian­kę Aspe­rię”, jak i po­przed­nie czę­ści, dwa ty­go­dnie. Oczy­wi­ście, żadna to miara cze­go­kol­wiek dla ko­go­kol­wiek in­ne­go. Nie­mniej jed­nak wy­ni­ka­ło to z tego, że nie da się tu szyb­ko prze­wra­cać kar­tek. Bo wtedy umknie wszyst­ko co istot­ne, nie z punk­tu wi­dze­nia fa­bu­ły, ale wy­kre­owa­ne­go świa­ta i jego mo­men­ta­mi osza­ła­mia­ją­cej kom­plet­no­ści. Czy­ta­jąc, trze­ba się roz­sma­ko­wać w tym świe­cie, w któ­rym losy bo­ha­te­rów to (o ile nie prze­sa­dzam) tylko jeden z rów­no­rzęd­nych ele­men­tów.

Re­asu­mu­jąc, za­rów­no „Hra­bian­ka Aspe­ria”, jak i po­przed­nie czę­ści try­lo­gii, sta­no­wią wy­zwa­nie dla ko­ne­se­rów fan­ta­sty­ki. Nie spo­sób za­gwa­ran­to­wać, że te po­wie­ści się ko­mu­kol­wiek spodo­ba­ją. Ja byłem za­sko­czo­ny, że przy­pa­dły mi do gustu, choć ko­ne­se­rem nie je­stem.

 

Autor: Roman Ochoc­ki

 

 

Jeśli ja­ki­kol­wiek cier­pli­wy duch do­tarł do tego miej­sca tek­stu, to bar­dzo mu dzię­ku­ję za uwagę i dodam, że w ostat­nim tomie mia­łem do wy­bo­ru albo po­dą­żyć nur­tem Aspe­rii i stwo­rzyć po­wieść mło­dzie­żo­we­go ga­tun­ku ma­gicz­ne­go – zu­peł­nie mi no­ta­be­ne ob­ce­go – albo za­koń­czyć tak dla mnie ważki motyw na­uko­wy Pa­ra­re­lio­nu – to jest zbio­ru po­glą­dów na wszech­świat au­tor­stwa Ob­cych – i zająć się fi­na­ło­wym roz­wią­za­niem losów głów­nych po­sta­ci.

Uzna­łem, że o pe­ry­pe­tiach samej Aspe­rii można na­pi­sać jesz­cze jedną po­wieść, jeśli ko­go­kol­wiek bli­żej za­in­te­re­su­ją trzy pierw­sze. Z ukło­na­mi… po­zo­sta­wiam się do­brej pa­mię­ci.

Jan – Ja­husz

 

Za­pra­szam tu:

https://www.facebook.com/Trylogia-Solarna-866389823403705/

Lub tutaj

jahusz.com