W polonijnych mediach australijskich

CZWARTEK, 16 KWIETNIA 2015

Exclusive: W dzikim buszu Australionu

 
Wydawca Solaris, Wojciech Sadeńko
ze świeżo wydrukowanymi
“Światami Solarnymi”

Kilka dni temu  zapowiadaliśmy ukazanie się wkrótce pierwszej  powieści Jana Maszczyszyna, pisarza z Melbourne – dotychczasowego twórcy  zakręconych opowieści s-f. I oto  wczoraj, 15 kwietnia, nakładem wydawnictwa Solaris ukazały się  Światy Solarne – pierwsza polska steampunkowa powieść napisana w Australii. Dziś zgodnie z obietnicą prezentujemy (exclusive) fragment tej powieści.

 

Jan Maszczyszyn “Światy Solarne” (fragment)
Wylądowaliśmy nocą w dzikim buszu Australionu. Nie zapamiętałem ostatniej fazy lądowania zbyt dokładnie, ale zapewniło mi ono nad wyraz nieprzyjemne wrażenia. Byłem przeświadczony, że w ostatniej fazie upadku napotkaliśmy z głębi lądu gwałtowny ostrzał i tylko dobra wytrzymałość materiału pozwoliła nam wyjść z kraksy cało.
Wychodząc z kapsuły spłoszyliśmy spore stado skaczących bestii. Zwierzęta szukały schronienia. Uciekały od ciągle płonących bitewnych pól i widoków bezsensownej rzezi ziemskiej fauny. Stały się wobec nas szczególnie agresywne, gdy próbowaliśmy przejść obok. Zastrzeliliśmy kilka sztuk, wycofując się w stronę bielejących w oddali budynków opuszczonej farmy. Natychmiast schroniliśmy się pomiędzy zabudowania.
Pozostawiony samemu sobie maleńki pocisk samoczynnie ustawił się w pozycji startowej. Zaprószył przy tym ogień, powodując niewielki pożar buszu. Jak można było się spodziewać, widok płomieni zainteresował przelatujący patrol. Wiązka stałego światła liznęła pocisk. Kolejna roztopiła cały bok i okoliczne drzewa. Nie czekaliśmy na więcej. Porwaliśmy konie pozostawione w zagrodzie przez gospodarzy i pomknęliśmy w stronę miasta. I tak mieliśmy sporo szczęścia.
 Dotarliśmy z Maxem na pola wystrzałowe w Laverton na południowy zachód od Port Melbournehor dopiero późnym popołudniem następnego dnia. Nasze konie były doszczętnie wyczerpane długim galopem. Sami dziwiliśmy się ich niespożytej energii. Jakby gonił je strach, ten sam, który prześladował i nas. Wyglądały nieco inaczej niż inne zwierzęta tej klasy. Noc zacierała szczegóły, dzień objawił całą okropność ich przemiany.
Końskie głowy wydawały się być jaszczurzo spłaszczone, lśniące, jakby nasmarowane oleistą substancją. Otwarte i ziejące paszczęki były podobne do gadzich. Język uległ wydłużeniu, a zęby powolnemu zanikowi. Te dziwne przypalenia, jak zauważyłem – powszechne już u zwierząt ziemskich – utwardziły skórę i zamieniły podskórne tkanki w rodzaj utwardzonego mięsa, jakże podobnego do sprasowanego drzewnego pyłu. Z trudem panowałem nad obrzydzeniem tuląc ich karki i czując te podskórne zmiany. Wolałem rozczesywać zatęchłe grzywy przy każdym pojeniu.
W mieście, ku naszemu zdumieniu, spotkaliśmy tysiące ocalałych z pogromu ludzi. Był tu spory ruch. Wszędzie biegały zatrwożone kobiety i zrozpaczeni mężczyźni. Co bogatsi pakowali dobytek na kolebiące się wozy, bądź umieszczali pakunki bezpośrednio na grzbiecie jucznego muła. Nędzarze zarzucali marny dorobek życia na plecy zabiedzonego, wziętego z drogi murzyna. Dziatwa pluła drzazgami bądź wymiotowała na przechodniów breją, podobną do pomyj, jakie pozostawiają w wiadrze leniwi robotnicy po umyciu stolarni. Mało kto z dorosłych się tu zatrzymywał i tłukł najbardziej przemądrzałych pasami, co w normalnym czasie pokoju uchodziłoby za reakcję pożądaną. Niegrzeczność u smarkaczy zawsze wymagała surowej kary.
Tył okładki “Światów Solarnych”
Proj. Natalia Mc Keeffe Maszczyszyn
Przeszliśmy główną ulicą z bronią w ręku. Nie można było w podobnych okolicznościach liczyć na wymiar sprawiedliwości i szukać w przypadku zagrożenia wsparcia opieszałych policjantów. Wiedzeni ciekawością przejechaliśmy do centrum Melbournehor. Na wszystkich większych placach i na zatłoczonym bulwarze Saint Kildy ustawiono sprzęt międzyplanetarny. Widziałem dziesiątki ciężko pracujących ludzi; brudnych mechaników i inżynierów zadumanych nad schematami połączeń. Rządowi stajenni tłukli pejczami setki wynędzniałych szkap niechętnie ciągnących stare, żeliwne, przywleczone tu z terenów wiejskich działa –wyrzutnie. Hałas maszynerii przerywany był od czasu do czasu biciem w dzwony i stał się szybko nie do wytrzymania.
Ustawiały się kilometrowe kolejki do niewielkich dwukondygnacyjnych pocisków. Co chwila powietrzem wstrząsała nowa detonacja. Stalowe cielska międzyplanetarnych pojazdów wzbijały się w niebo i mknęły podparte gigantycznym stożkiem dymu. Niektóre wpadały do morza w okolicach Frankston, nie znajdując wystarczającego ciągu, inne eksplodowały rażąc odłamkami przechodniów aż do Williamstown. Sam poczułem tę grozę i napięcie. Max, zazwyczaj spokojny, również drżał.
 Ruszyliśmy ku rogatkom miasta w okolicach Brunswick West. Stamtąd drogą na północ ku Doonybrook. Wszyscy mijani ludzie odradzali nam kontynuowanie podróży. Uważali sytuację za beznadziejną. Panował głód i dziesiątkująca populację zaraza. Drzazgi obecne nawet we wdychanym powietrzu powodowały krwawy kaszel. Wyraźnie nie służyło nam wszystkim to obce życie. Przewiązałem usta chustą prawie pod same oczy.
– Jest pan tak zdesperowany, że aż się boję. Chyba się pan nie zakochał, hrabio? – pytał jadący obok Max z troskliwością godną brata. Przechylił się w moją stronę i zaglądał w oczy.
 – Owszem, przyznaję, nie mogę myśleć o niczym innym – powiedziałem zduszonym głosem, co wziął za dobry żart.
Wolno podążaliśmy w kierunku ostatnich wielkich mostów miasta tuż przed Seymore. Powiała od lądu odżywcza bryza. Konie powoli przychodziły do siebie. Znakomicie wyczuwały nastrój jeźdźców.
 – Nie wiem, czy panu wiadomo, ale istoty słoneczne posiadają wrodzoną genetycznie słabość do wszelkich blasków. Nie stronią od roztopionego złota, którym poją się do upadłego.
– Znam te teorie – odparł Max, zapalając cienkie jak ołówek cygaro. – Nie wierzę w podobne bzdury. Jowiszańscy autorzy zbyt mało są obeznani w tematyce podróży i eksploracji. Swoje informacje wysysają z małych palców tylnych łapek. Noszą je podkurczone na tyłkach, zupełnie nieprzydatne, bo przednie znakomicie utrzymują ich ciała w równowadze.
– Nie wiedziałem, że ich slipy ukrywają prześmieszne tajemnice. – Szczerze się roześmiałem. Max podał mi swoje zapalone cygaro. Zaciągnąłem się spokojnie. – Skąd pan to wszystko wie? – zapytałem, nie kwapiąc się z oddawaniem. Wyraźnie mi zasmakowało, co przyjął z podziwu godną obojętnością.
Wzruszył ramionami i na zwężeniu drogi poprowadził swego konia przodem.
– Tak przynajmniej twierdzą Aborygeni – rzucił odwracając się do mnie bokiem.– Czarni nie jeden raz prowadzili wojny ze Słońcem. Tam, w ruinach zapomnianych miast jest mnóstwo niczyich bibliotek. Wszystko czytają i zapamiętują. Przecież z łatwością poruszają się wzdłuż i wszerz Układu Solarnego, dokonując teleportacji plemiennych.
– Wierzy pan ludziom tak prymitywnym? – Zrównałem się z nim przy wyjeździe z mostu. Mijaliśmy szeroką fosę i porzucone w nieładzie działa. Max zatrzymał się przy mnie. Przyglądał się z widoczną drwiną mojemu zapiętemu pod szyję surdutowi i lśniącemu cylindrowi.
– Wie pan, czasem oburzają mnie pańskie powierzchowne wnioski. Nasze pociski wszędzie, gdzie lądowały napotykały już społeczeństwa dzikich. Osiedleńcy pochodzili z jakiejś pradawnej wędrówki ludów, bodajże sprzed pięćdziesięciu tysięcy lat. Prawdopodobnie dalej dokonują swoich wojaży podbijając nieznane nam światy. Przecież my, biali, z trudnością ich rozróżniamy.
– Tak, to prawda. Dla mnie wszyscy są jednakowi. Zawsze dostawałem gorączki, kiedy na wujowskim podwórku przy tartakach miałem czarnuchom wypłacić miesięczne wynagrodzenie. Wydawało mi się, że wciąż widzę jedną i tę samą osobę.
– Aborygeni są doskonale wykształceni. Posiadają własne, latające uniwersytety. To nie jakieś tam szczepy z Czarnego Lądu, z dorzeczy śmierdzącego Konga. Wioski aborygeńskie można napotkać nawet na żyznych stepach odległego Plutona, gdzie do tej pory nawet nasze najnowocześniejsze pociski nie dotarły.
– Uważa pan, że można polegać na przekazach istot z Neptuna? To w końcu obłąkani, galaretowaci starcy. Sami prawdopodobnie nie dotarli nawet w pobliże księżyców tej planety.
Max przystanął. Stanął w strzemionach uważnie rozglądając się po okolicy.
– Uważam, że powinniśmy się zatrzymać przy pierwszej, lepszej opuszczonej karczmie. A z samego rana osiodłać nasze szkapiny i udać się wprost do znanej mi wioski dzikich Kaanja. Baron Vanhalger sporo zapłacił Radzie Starszych za uzyskanie jakiejkolwiek informacji na temat porwanej Cydonii Hornsby. Z tego co wiem, dama jest ciągle na Ziemi. Uwięziona zupełnie niedaleko sadyb dzikich. Powinien pan być im za informacje szczególnie wdzięczny. Niemało ryzykowali. Poza tym sądzę, że musi pan drastycznie zrewidować poglądy. Tylko w jakimś zacofanym świecie można sobie pozwolić na rasistowskie uprzedzenia. W moich oczach Kaanja uchodzą niemal za półbogów. Są mistrzami teleportacji i nauk spirytystycznych. Czy widział pan ich okulary telekinetyczne? To tylko obrobione ręcznie szkło krzemowe, a używają przez siebie wytworzonej broni optycznej do polowań na kangury i dingo.
– Zaskakuje mnie pan, Max. Nie spodziewałem się po panu takiej wiedzy teoretycznej. Zrobimy, jak rozkazał baron – dodałem po chwili zastanowienia. – Pojedziemy do pańskich czarnuchów.
 Nawet nie mrugnął. Tylko uśmiechnął się swoim zwyczajem pod rudym wąsem i zaciągnął głęboko następnym, wyciągniętym zza pazuchy marsjańskim cygarem. Wieczorem znaleźliśmy schronienie w okolicach Hanging Rock, zbaczając nieco na północny-zachód. Max po kolacji usiadł samotnie na warcie i do rana czyścił oba sztucery. Jakimś cudem zdobył wenusjańskie rolguły. Dokładnie czterdzieści sześć dodatkowych, doskonale wyszlifowanych naboi.
(…)
Książkę można kupić w sieci: Solarinet.pl

 __________________
Jan Maszczyszyn – pisarz urodzony w 1960 roku w Bytomiu. W wieku 29 lat wyemigrował do Autralii, gdzie mieszka do dziś. Laureat pierwszego konkursu literackiego miesięcznika “Fantastyka” (obok Sapkowskiego i Huberatha). Kilka jego opowiadań weszło do antologii: Spotkania w przestworzach,Pożeracz szarościSposób na wszechświat i Dira necessitas.
W 2013 opublikował zbiór opowiadań Testimonium.