Robactwo Marsa 1910

Saga Zwierzolapy wymagala koniecznosci introdukcji swiata. Nie mogla funkcjonowac w prozni. Stad skorzystalem z mozliwosci edycji ilustracyjnej i informacyjnej we wspomaganiu z AI Grokiem. Powstal bardzo ciekawy zbior opowiesci, ktorych atorem jestem ja sam oraz ilustracji, jak i danych naukowychudostepnionych mi przez AI.

Sypniewski miał w swoich zbiorach
rozlatujący się dziennik ekspedycji
Humboldta. Pozwólcie, że zacytuję:
„Po zejściu z płaskowyżu Tharsis
ujrzeliśmy rozległą zielono–błękitną
dolinę Argyre. Rzeki tu płyną szeroko i
leniwie, a nad wodą unoszą się ogromne
cienie – latające ryby wielkości koni,
zwane przez tubylców Skyteeth. Widok
zapiera dech w piersi, bo towarzyszą im
Kroniki Ekspedycyjne
tysięczne stada małych rybek Omnicoris
Patu, barwnych niby tęcza”
Inny fragment:
„O zachodzie słońca dotarliśmy do
Zimnych Stawów. Na pływających
platformach z hydrokryptoborów stała
grupa wojowników i szamanek o
zielono–czarnych
tatuażach.
Na
grzbietach Skyteeth krążyli strażnicy. Ich
przywódczyni,
szamanka
wyszła
nam
naprzeciw.
Im’kara,
Mówiła
melodyjnie, jakby śpiewała. Dzięki
gestom zrozumieliśmy, że nie są to dzicy
kanibale jak Cocopah, lecz Lud Nieba,
strażnicy rzek i stawów. Wymieniliśmy
dary; my daliśmy stalowe noże i lusterka,
oni ofiarowali suche pióra Skyteeth i
amulety
z
drapieżników”
zębów
wężowych
„Podczas gdy mapowaliśmy wschodnie
brzegi dla przyszłej kolei żelaznej,
natknęliśmy
się
na zwiadowców
Cocopah. Doszło do potyczki. Akhari
wsparli nas z powietrza. Atak Skyteeth
był widowiskiem, jakiego świat nie
widział. Trzech naszych poległo, ale
odparliśmy atak” – pisał von Humboldt.
Jan Maszczyszyn Mars 1910
W roku 1867 ten sam Humboldt pisał,
że podczas ekspedycji karnej w dolinie
Argyre River po raz ostatni widziano
latającego olbrzyma Skyteeth. Akhari do
dziś uważają, że wraz ze śmiercią
ostatniej ryby „Niebo zamknęło się przed
Ludem Rzeki”.
Niektórzy szamani
twierdzą, że Skyteeth odeszły „do
Wielkiego Snu Matki” i powrócą, gdy
Mars znów będzie potrzebował swoich
dzieci.
Osobiście uważam, że praprzodków
porwano z Wielkich Równin Ameryki
Północnej lub Andów w Ameryce
Południowej. Zaświadczają o tym
charakterystyczne cechy antropologiczne
i wrodzony

   Dokument powyższy dotyczy zezwolenia dla Ekspedycji 1869, podpisanej przez wówczas wiekowego członka Akademii; relacja poniżej to opowieść o pierwszej wyprawie Moreau Ojca, ze straszliwymi konsekwencjami dla natury.

Étienne Moreau Ojciec, drżąc, cały stanął na krawędzi Valles Marineris jak człowiek, który właśnie otworzył drzwi do piekła i uznał, że jest piękne. Wiatr tarmosił jego włosy i brodę. Owiewał twarz i wnosił w nią wilgotny, ciężki zapach gnijącego życia z ogromnego dołu, który nie miał odpowiednika w całym wszechświecie znanemu ludziom. Jest rok 1803. Sześćdziesiąt dni po inauguracyjnym przelocie Nowych Linii Marsjańskich i lądowaniu gdzieś tam na północy pierwszego Faktorium, zorganizowano ekspedycję odkrywczą z udziałem dostępnej kadry naukowej. Ludzie wciąż nie wierzyli własnym oczom. Takiej wielkości kanion? Skąd się wziął? Czy naprawdę istnieje? A deszczowy las na jego dnie, azali jest i rośnie?  Jakiż musiał być różnorodny i pradawny?

    – Profesorze – odezwał się cicho doktor Lars Hagen, jego zastępca. – To szaleństwo. Powinniśmy zawrócić i objechać krawędź. Da się trawersować wąwóz od północy.

   Moreau nie odwrócił nawet głowy. W jego oczach płonęła moc, która nie znała kompromisów.

   – Nie ma już czasu na objeżdżanie czegokolwiek. Wkrótce ta przeklęta woda znów zaleje dno kanionu i błota tylko bardziej się rozciągną na wschód i zachód. Historia nie czeka na ostrożnych. Ruszamy. Kapitanie Leom Stromer? – Profesor odwrócił się do czekającego oficera. – Zna pan wytyczne? Gdy zobaczy pan odpaloną flarę, wie pan, co ma robić?

    – Tak jest, panie pułkowniku – odparł tamten, salutując przy sprzęcie i pochylniach.

   – A ty, Lars, załóż gruby wełniany sweter.

   – Chce pan wykorzystać starożytną elektrostatykę skalnych ścian? Przecież to brednie.

   – Widziałem krajowców mknących po turniach jak kozice. Musi w tym być choćby ziarno prawdy. Nie wiem, czego używają, ale my udowodnimy użyteczność wełny przemysłowej.

    Dziewiętnastu ludzi zeszło w dół stromą, porośniętą czarnymi lianami ścianą. Zatrzymali się na noc na szerokiej polce skalnej, ale potem było już tylko gorzej. Étienne był pierwszym, który poszedł na całość. Był parny, gorący dzień, gdy wciągnął na siebie dwa wełniane golfy i gęsto tkane góralskie gacie. Wszystko po to, by wzbudzić energię przyciągania do skalnej powierzchni wprogramowanej we właściwościach marsjańskiego bazaltu. Może początkowo wydawało się to ryzykowne, lecz potem posuwanie się w dół po krawędziach pęknięć i dziur stało się tak zwyczajne jak chodzenie po ziemi. Pokonali różnicę wysokości tysiąca dwustu metrów w zaledwie godzinę. Kolejna noc zastała ich na grani, ale byli spokojni. Teraz wierzyli już w skuteczność metody elektrostatycznej. Pola rzeczywiście istniały, a to, że ciążenie na planecie było znacznie mniejsze od ziemskiego, tylko ułatwiało elektrostatyczną przyczepność.

   W trzy dni pokonali gigantyczną różnicę poziomów terenu. W głowie mogło się zakręcić.

   Dołem płynęła wartka rzeka. Przekroczyli jej wody z wielką obawą. W powietrzu unosiły się dziesiątki spłoszonych latających ryb. W każdej chwili mogły zaatakować.

   Przeszli sitowie, przedarli się przez torfowiska po drugiej stronie i zagłębili się w las. Drzewostan gęstniał z każdą godziną. Drzewa o pniach przypominających skręcone kręgosłupy olbrzymów sięgały setek metrów wysokości, a ich korony tworzyły zielono–czarną kopułę, przez którą ledwo przebijało się blade, rozproszone światło słoneczne. Powietrze było gęste, lepkie, przesycone zapachem fermentacji i czymś metalicznym.

    W piątym dniu napotkali pierwszewężaki.

Było ich dziesiątki odmian. Smukłe, czarne jak smoła istoty o ciałach przypominających żmije, ale z licznymi chwytnymi mackami zamiast łusek. Niektóre pełzały po ziemi, inne zwisały z gałęzi jak żywe liny. Najgorsze były te, które poruszały się w kolumnach – setki osobników tworzących żywą, falującą rzekę.

    – Nie strzelać, dopóki nie zaatakują! – krzyknął Moreau.

    Zaatakowały pięć minut później.

    Sierżant Lemenowitz stracił twarz w ciągu trzech sekund. Macki przykleiły się do jego głowy i twarzy jak pijawki. Zanim zdążyli go odciąć, ciało już zbielało od pozbawienia go krwi.

    Kolejnych dwóch ludzi zginęło, gdy próbowali się wycofać – wężaki zablokowały im drogę, jakby wiedziały, że to jedyna możliwość ucieczki.

    Siódmy dzień przyniósł grzybnię.

    Z początku wyglądała niewinnie – delikatny, fosforyzujący dywan pokrywający leśne podłoże. Dopiero gdy doktor Elena von Kelnofer postawiła stopę na „bezpiecznym” fragmencie, zrozumieli swój błąd. Grzybnia eksplodowała chmurą mikroskopijnych zarodników. Kobieta zaczęła kaszleć krwią już po kilkunastu sekundach. Płuca rozpuszczały się od środka.

    Do wieczora dnia dziesiątego stracili ośmiu ludzi.

Od tego w obozie zapanowała grobowa cisza. Ocalało jedenastu, w tym Moreau i Hagen.

     Profesor siedział na zwalonym pniu, wpatrując się w ogień. Ręce mu drżały. Po raz pierwszy od początku wyprawy wyglądał jak człowiek, a nie jak legenda.

    – To koniec – wyszeptał Hagen. – Wracamy.

Profesorowi Étienne’owi Moreau, doktorowi nauk przyrodniczych, członkowi Akademii, udziela się wszelkich plenipotentencji na poprowadzenie pierwszej nowożytnej ekspedycji eksploracyjnej na Marsie.

Zadania misji:

  • Zbadanie i skatalogowanie starożytnych akweduktów oraz systemów wydobywania powietrza
  • Poszukiwanie złóż pulmoitu i innych rzadkich minerałów
  • Nawiązanie pierwszego kontaktu z tubylczymi plemionami (w szczególności Cocopah)
  • Sporządzenie map topograficznych Kanionu Ciszy i przyległych regionów

Uprawnienia:

  • Pełna władza dowódcza i decyzyjna w terenie
  • Prawo do użycia siły w przypadku zagrożenia życia członków ekspedycji
  • Prawo do rekwirowania sprzętu i zasobów na miejscu.
  •  Dokument sporządzono w pięciu jednobrzmiących egzemplarzach, w tym – oficjalnym języku czerwonych piasków.

    Moreau nie odpowiedział. Podniósł się ciężko, pochwycił latarnie i wiedziony instynktem odkrywcy ruszył w ciemność, ignorując wołania.

   Znalazł je dwie godziny później.

   Akwedukty Tymidów. Cel wyprawy.

   Ogromne, półprzezroczyste rury z materiału przypominającego szkło i kość, wijące się między koronami drzew na wysokości kilkudziesięciu metrów.

    Hagen, który dotarł za nim chwilę później, patrzył z niedowierzaniem. Czyżby były to te same konstrukcje, które łączyły się z gigantycznym mostem przy krawędzi powierzchni?

   Wydłubali w kruchym materiale dziurę nożem. Wewnątrz płynął delikatny, srebrzysty gaz – widoczny tylko w świetle latarni. Powąchali. I jeszcze raz. Nic. Tylko powietrze. Powietrze? Czyżby tak oddychała planeta? Antyczni mieszkańcy Marsa wydobywali spod tysięcznego wulkanicznego gruzu wciąż na nowo atmosferę globu?! Odtwarzali jej gęstość?! Sensacja goniła sensacje!

    Kiedy Moreau przyłożył dłoń do jednej z rur, poczuł wibracje. Głęboko pod ziemią coś pracowało. Maszyny. Stare. Bardzo stare. Pompy

   – Tlen… – wyszeptał, wciągając głęboki wdech. – I coś jeszcze, coś srebrzystego. Jakaś siła pompuje gazy spod powierzchni wulkanów i uzupełnia nimi atmosferę.

   – Profesorze… one prowadzą w górę. Ku wyżynom. Moglibyśmy…Krzyk rozdarł powietrze jak ostrze.

   – Cocopah!!! – krzyknął ktoś z obozu. Dolatujący z oddali głos nagle zamilkł, w końcu urwany.

   Zza gęstwiny drzew wypadli członkowie ekspedycji, a za nimi wyłoniły się dzikie sylwetki – smukłe, niskie istoty ludzkie o skórze koloru rdzy, pokryte rytualnymi bliznami i kośćmi wężaków w nosach i uszach. Dzicy Cocopah, którzy nigdy nie opuścili kanionu. Dzicy, którzy nigdy nie widzieli białych ludzi. Szli, jakby zależało od tego ich życie. Wściekle i desperacko atakując.

  Przybyli tu pięćset lat wcześniej. I pozostali na stałe wtłoczeni w duszny las. Drzewa były ich domem, a Mars był ich ojcem i matką. Ich twarze były pokryte białą grzybnią, nie pomalowane, nie delikatnie oprószone, a dosłownie porośnięte ściennym grzybem. W rękach trzymali kościane włócznie i dmuchawki. Poruszali się prawie bezszelestnie, skacząc z gałęzi na gałąź lub z kamienia na kamień z nieludzką zwinnością, pokonując przestrzeń, która się przed nimi nie otwierała, a po prostu korzyła.

   – Uciekajcie! – ryknął Moreau, strzelając do pierwszego lepszego Cocopah. – Kierujcie się ku akweduktom! Już!

   Grupa pozostałych przy życiu rzuciła się w stronę najbliższej pulsującej rury. Za nimi las eksplodował ruchem. Cocopah byli wszędzie – dziesiątkami, może setkami, okupowali las. Niektórzy biegli po ziemi z nienaturalną prędkością.

    Hagen pierwszy dopadł kamiennej rury. Uderzał kolbą w jej boczną ścianę jak szalony. Do skutku! Do skutku! Wreszcie…Pękła z głośnym trzaskiem, uwalniając podmuch bogatego w tlen powietrza.

   – Włazić! Włazić!

   Wewnątrz akweduktu panował chaos.

   Rura wznosiła się stromym kątem. Ściany lekko świeciły srebrzystym blaskiem, a pod ich stopami czuć było ciągłe wibracje starożytnych maszyn pompujących tlen z marsjańskich głębin.

   – Biegiem w górę! – wrzasnął Moreau. – Nie zatrzymujcie się ani na sekundę!

    Biegli pochyleni, potykając się, dysząc. Powietrze było tu cudownie świeże, ale nie mieli czasu, by się nim nacieszyć.

    Za nimi Cocopah. Kilkunastu z nich wpadło do rury, wyjąc i warcząc. 

  – Nie oglądać się! Biec! – wrzasnął Moreau, strzelając za siebie na oślep.

 Kule zrykoszetowały od ścian, ale Cocopah byli zbyt szybcy. Skakali po wewnętrznej powierzchni kamiennej rury jak pająki, używając wszystkich czterech kończyn.

    Nagle rura rozwidliła się. Moreau instynktownie wybrał lewe odgałęzienie – węższe, ale prowadzące bardziej pionowo w górę.

   – Liny! Szybko!

   Zaczepili karabińczyki i zaczęli wspinać się niemal pionowo.

   Cocopah nie rezygnowali. Jeden z nich wdarł się wysoko na ścianę i złapał Scotta Bouldy za nogę. Ten krzyknął, kopnął dzikusa w twarz, ale drugi Cocopah już wbijał mu kościany nóż w bok.

   Moreau odwrócił się i strzelił prosto w twarz napastnika. Ciało dzikusa osunęło się w dół, ale pociągnęło za sobą młodego Scotta.

   – Nie!!! – krzyknął Hagen.

   Nie było czasu na ratunek. Obaj zniknęli w ciemności poniżej.

   Pozostali wspinali się dalej w szaleńczym tempie. Rura zaczęła się trząść coraz mocniej – jakby starożytny system reagował na intruzów z wbudowaną wen słabością. Ściany momentami stawały się całkowicie przezroczyste. Ścieńczały. Zobaczyli, jak niektórzy Cocopah wspinają się po zewnętrznej stronie akweduktu, próbując ich dogonić. A substancja pod ich stopami załamywała się i falowała niczym gigantyczne jelito olbrzyma.

   – Są teraz dokładnie nad nami! – wrzasnął ktoś.

   Fragment rury powyżej pękł. Do środka wlała się kaskada rdzawych ciał. Cocopah spadali na nich jak deszcz.

    Walka stała się chaotyczną w ciasnej, srebrzystej trumnie.

   Moreau walczył jak opętany – strzelał, dźgał nożem, kopał. Jego twarz była maską furii i desperacji. Daremnie. Cocopah chwytali ich jak owoce z drzewa. Zrywali jak szaleńcy i sprawnie wiązali ostrym, wbijającym się w ciało sznurkiem. Wszystkich pięciu pozostałych z Wielkiego Zejścia niebawem postawili z powrotem na omszałym dnie wąwozu. Droga do plemiennej wioski wydała się przejściem do bram piekła.  Tam oprószono im twarze grzybnią. Ta szybko wrastała w skórę, nie brudziła jak popiół, a zapuszczała korzenie jak insektocytoza z Cydonii Centralnej. I po co?

    Minęła noc i nastał kolejny dzień.

    Słońce marsjańskie, blade i wściekle pomarańczowe, wisiało nisko nad krawędzią kanionu jak oko rozgniewanego boga. Oświetlało krzywe chaty umocowane do skały niczym jaskółcze gniazda. Wykorzystywały tę samą siłę antycznej natury co ludzie. Elektrostatyka stosowana. Dzień 28 czerwca 1802 roku, ostatni dzień wielkiej ekspedycji profesora Étienne’a, miał być chwilą chwały nowożytnej nauki. Zamiast tego stał się piekłem, w którym profesor Etienne, z twarzą pooraną kurzem i potem, biegł na oślep w tańcu dziękczynnym. Trącany, kopany, krążył, aż zatoczył wokół ognia dziękczynne koło. Nie skarżył się i nie jęczał. Właśnie zaszyto mu usta rybią nicią. Za nim wyły hordy Cocopah – dzicy synowie czerwonych skał, z twarzami porośniętymi grzybnią i ludzkim mchem – wydając głośne pohukiwanie zwycięstwa. Ich okrzyki były nieludzkie, prastare i głodne. W końcu byli ludożercami. Prof. potknął się i upadł.
   Nie zdążył się podnieść. Silne ręce szarpnęły go w górę, a nadgarstki związano mu na nowo rzemieniami z suszonej skóry i rzucono na stertę całej reszty. Była tu cała ekspedycja – na pewno trochę więcej niż jedna – dziewiętnastu uczonych, inżynierów i zbrojnych – zaciągnięto do obozowiska u stóp niemal pionowej ściany wąwozu. Zebrani chyba znikąd? Tam, wśród dymu z ognisk i rytmicznych bębnów, czekał Szaman.  

    Kim byli pozostali? Uczony śledził wymęczone twarze. Nikt nie poruszył wargami. Wszystkie usta były zaciśnięte jak sklejone. Rybie nici były przezroczyste i zaledwie szkliste.
   Stary Cocopah miał oczy białe jak mleko i usta pozbawione warg. Patrzył na przybyszów długo. Potem zaczął gestykulować. Ręce poruszały się powoli, niemal tanecznie. Każdy znak był wyraźny, jakby był wyryty w powietrzu.
    “Wasze słowa – trucizna” – tłumaczyłby ktoś, kto poznał te znaki: “Wasze języki – rany na ciele świata.
    Zanim oddacie duszę Matce Czerwieni, musicie zamilknąć.”

 “Pogódźcie się z ciszą.” Gestykulował, jakby miało to pomóc usunąć wstręt do mięsa, które posługuje się ludzkim głosem. I jakby ten głos był dowodem na istnienie duszy.
   Jeden z traperów, schwytany wcześniej, roześmiał się nerwowo. Szaman skinął głową. Dwóch wojowników chwyciło śmiałka, rozwarło mu szczęki i igłą z kości zaczęło zaszywać mu usta. Krzyk urwał się w mokrym, charczącym bulgocie. Etienne poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. W tym momencie, w kącie obozowiska, dostrzegł innych – drugą grupę białych. Sześciu twardych, ogorzałych mężczyzn w skórzanych kurtach wzmocnionych metalowymi płytkami. Na ich plecach wisiały trzymadła na kilofy i dziwne, lśniące przyrządy do sondowania skał. Szukali pulmoitu – rzadkiego, błękitnego minerału, który podobno mógł utrzymywać oddech człowieka w najgłębszych studniach Marsa. Ich spojrzenia spotkały się. Żadnych słów. Tylko lekkie skinienie głową. Porozumienie zawarte w ułamku sekundy.
   Noc spadła nagle, jak zawsze w kanionach Marsa – zimna i bezlitosna. Ogniska Cocopah płonęły wysoko. Szaman tańczył, a jego gardziel wydawała ciche, świszczące pohukiwania.
   Wtedy traperzy ruszyli.

    Pierwszy strażnik zginął z nożem wbitym pod brodą. Drugi – z gardłem poderżniętym tak czysto, że krew trysnęła dopiero po dwóch krokach. Ktoś podkradł się z tyłu i przeciął im wszystkim więzy na rękach.  Etienne sam nie wiedział, kiedy chwycił za kamień i rozbił czaszkę kolejnemu wojownikowi. Serce waliło mu jak marsjański bęben.

    – Teraz! – syknął przywódca traperów, niski, brodaty mężczyzna o oczach koloru wyblakłego błękitu.
   Zaczęli natychmiastową wspinaczkę. Wprost szaleńczą. Skok na skałę. Zlepienie.

   Ściana była niemal prostopadła, ale przyciągała z ogromną siłą. Palce krwawiły, paznokcie pękały. Buty ślizgały się po gładkim bazalcie. Dwóch traperów odpadło już po kilkunastu metrach – ich krzyki ucichły szybko, pochłonięte przez noc i odległość. Trzeci spadł, bo jego kurtka, zamiast przylegać do skały, odsuwała się przy każdym ruchu. „Zła odzież na marsjańskie ściany” – pomyślał Etienne z gorzką ironią, czepiając się wąskiej półki.

    Wtedy znaleźli pęknięcie. Cała dwudziestka wdarła się na wąską nitkę do ocalenia.

   Długa, ukośna rysa przecinała skałę jak blizna po starożytnym uderzeniu meteorytu. Była wąska, zdradliwa, ale dawała oparcie. Przesuwali się bokiem, centymetr po centymetrze, z twarzami przyciśniętymi do zimnego kamienia. W dole migotały ogniska Cocopah – maleńkie, jak rozżarzone oczy demonów.

   Etienne czuł, jak każdy oddech pali mu płuca. Powietrze z akweduktów nadal unosiło się słabo w kanionie – chłodne, czyste, niemal święte. Jakby sama planeta patrzyła, jak walczą o życie.
   Gdy dotarli na krawędź trzech tysięcy metrów, księżyc Phobos wisiał nisko, rzucając srebrzyste, nierealne światło. Jeden z traperów, młody, szczupły mężczyzna z jasnymi włosami związanymi rzemieniem, wyciągnął rękę i pomógł Etienne’owi wyjść na skalną polkę. Nastąpiła krótka chwila przerwy.

    Profesor spojrzał młodzieńcowi w twarz i zamarł.
   – Ty… – wyszeptał. Kadet uśmiechnął się krzywo, ocierając krew z rozciętej wargi.
   – Lemarck – przedstawił się cicho, jakby nazwisko było świętością. – Jean Lemarck. Do usług, panie profesorze. Etienne poczuł, jak świat się przekrzywia. Ten chłopak, ledwo dwudziestoletni, który właśnie wspiął się po ścianie śmierci razem z nim, miał w oczach ogień, jakiego profesor nigdy nie widział u swoich uczonych. Ogień prawdziwego odkrywcy. Ogień szaleńca. I znał go, jak wszyscy na uczelni w ledwo co powstałym Therasonium.
   W oddali rozległy się wściekłe wrzaski Cocopah. Znaleźli ciała strażników. I szamana z rozprutym brzuchem. Lemarck wyciągnął z pochwy długi, zakrzywiony nóż i spojrzał w stronę kanionu.
   – Czas uciekać, profesorze. Pozostało nam do pokonania kolejne osiem tysięcy metrów. Na szczęście elektrostatyka nie słabnie, a pole przyczepności ciała ciągle wzrasta – wskazał na skale noszonych przy sobie przyrządów pomiarowych.
  Z dołu kanionu dobiegł wściekły, nieludzki ryk. Cocopah wspinali się jak demony – biali od pyłu, z oczami płonącymi zemstą. Zabicie szamana i ucieczka z miejsca rytuału były najgorszą profanacją. Teraz dzicy chcieli nie tylko ich śmierci – chcieli, by biali błagali o nią w męczarniach.

temp email said:

The friendly tone of your writing makes even a complicated subject feel manageable. I am curious whether you have covered any related topics elsewhere on the blog.

The friendly tone of your writing makes even a complicated subject feel manageable. I am curious whether you have covered any related topics elsewhere on the blog.

soap2day said:

Hello i think that i saw you visited my weblog so i came to Return the favore Im trying to find things to improve my web siteI suppose its ok to use some of your ideas

Hello i think that i saw you visited my weblog so i came to Return the favore Im trying to find things to improve my web siteI suppose its ok to use some of your ideas

Leave a Replay

Your email address will not be published.

*